wtorek, 13 stycznia 2026

153. Wtedy… teraz… zawsze.

Tymczasem po odjeździe Thomasa i Madlen, skoczna parka postanowiła zgodnie z obietnicą zabrać rodziców na obiad. Zdecydowali się pojechać na dwa auta, bowiem państwo Morgenstern po posiłku chcieli wracać już w trasę do Spittal. Gregor zaproponował jedną z restauracji nad rzeką Inn. Obiecał pokierować Franza skrótem by mogli tam się odpowiednio szybko znaleźć. Jadąc audi spojrzał na zamyśloną partnerkę. Położył wolną od kierownicy dłoń na jej dłoni czym wyrwał ją z zamyślenia.
- Boisz się? – spytał co wywołało wyłącznie jej głośny śmiech.
- Szczerze? Przywykłam, że mama zawsze wie wszystko lepiej... Nie twoją czy moja winą jest, że wpadli bez zapowiedzi. Ja przedszkole już dawno skończyłam... – posłała szatynowi przekorny uśmieszek. – Bardziej boję się tego czy ty ode mnie z piskiem opon nie uciekniesz... W końcu kto da radę tak długo pociągnąć z moją mamuśką... Mam wrażenie, że Gudrun jest na ciebie wyjątkowo cięta... – dodała po chwili lekko wzdychając.
Prawdą było, iż jej rodzicielka miała dość specyficzny charakter i podejście do życia. To miało też wpływ na jej relacje z najmłodszymi członkami rodziny. Bardzo często powodowało to burzę w szklance wody...
- Nie z takimi człowiek dawał sobie radę... Aczkolwiek racją jest, że przekonać teściową do siebie to chyba wyzwanie lepsze jak wygranie zawodów rangi mistrzowskiej... Zawsze taka była? – spytał szatyn kukając na siedzącą obok partnerkę.
- Dobre pytanie... – przez moment blondynka się zawiesiła analizując swoje poprzednie lata życia. – Jak mam być szczera, chyba tylko jeden facet ją do siebie przekonał od razu bez żadnego ale...
- Niech zgadnę, czyżby Meixner? – rzucił z lekkim przekąsem szatyn co rozbawiło blondynkę.
Nie miał zbyt wielu okazji by poznać przyjaciela Thomasa, ale... jak widać niewiele spotkań wystarczy by stać się o nią niebywałe zazdrosnym.
- Co on w sobie ma czego ja nie mam? Czy jak zacznę nosić okulary bardziej mnie zaakceptują? – rzucił kolejne pytanie, które ponownie wywołało jej szeroki uśmiech.
- Czekaj, czekaj, wizualizuję. – zaśmiała się by po chwili dodać. – Widzę to, ale... zdecydowanie bardziej wolę miodowe tęczówki bez dodatkowych wspomagaczy, które wpatrują się we mnie wciąż z taką samą miłością. – odpowiedziała pewnie.
- Nigdy nie rozmawialiśmy o... waszej relacji... – zauważył kukając kątem oka na partnerkę, która siedziała na fotelu pasażera.
- Czy to takie ważne? – spojrzała wymownie w jego kierunku, ale widząc jednak jego zaintrygowane spojrzenie dodała. – Myślę, że to nie jest dobry czas na tą rozmowę... Obiecuję, że wrócimy do tego tematu, bo teraz jesteśmy już na miejscu. Teraz podejmujemy walkę ze smokiem. – odparła śmiejąc się, bowiem szyld restauracji zwiastował metę ich podróży.
Wzięła więc głęboki oddech i postanowiła stawić czoła rodzicielce. Jedyne na co miała nadzieję to miłe spotkanie bez zbędnych ekscesów i wypominania wczorajszego dnia. Szczerze? Miała już go nieco dosyć... A mamusia na skoczni dała już wystarczający popis swojego temperamentu. Spojrzała zaskoczona na miejsce, które wybrał Gregor. Tradycyjne, eleganckie i... w wybitnie austriackim klimacie. Skąd on wytrzaskuje takie miejsca? Nie miała zielonego pojęcia. Bądź co bądź od wejścia wyglądało na dość ekskluzywne. Sama nie znała jeszcze zbyt wielu miejsc w Innsbrucku. W końcu mieszkała tu od nie dawna, więc w pełni zdała się na jego wybór. Gregor wpuścił przodem Gudrun i Ane, po czym wraz z Franzem udali się w kierunku wskazanym przez kelnera. Przez moment przy stoliku zapanowała dziwna cisza... czyżby przed burzą? Takie myśli targały teraz blondynką, która kątem oka spoglądała na siedząca na przeciwko rodzicielkę, która analizowała kartę.
- Myślę, że weźmiemy... – zaczęła w końcu Ana widząc oczekującego na zamówienie chłopaka i kiedy miała już postawić na sprawdzone tutaj knedle i lekkie dodatki matka ją powstrzymała.
- Dzisiaj poprosimy cztery porcje steka z polędwicy wołowej, pieczonymi ziemniakami i warzywnymi dodatkami. Spójrz na siebie Ana... Z dnia na dzień coraz szczuplejsza. – skrzywiła się lekko Gudrun, po chwili wymierzając oskarżycielskie spojrzenie w kierunku szatyna. – Miałeś o nią dbać i co? Zaraz zniknie w tych ciuchach, a wasza spiżarka pełna. To absurd... Żadnych dzisiaj warzywek, jecie co każdy normalny człowiek powinien jeść, a ty droga panno masz w końcu zacząć myśleć o sobie. Zaufałam ci... Pozwoliłam samodzielnie żyć i mamy teraz tego efekty. – skrzywiła się Gudrun wyrażając swoje niezadowolenie.
- Mamo... Przesadzasz... – zaczęła blondynka nie rozumiejąc dziwnego ataku matki już od początku pobytu w lokalu.
- Taka prawda. Wyglądasz jak siedem nieszczęść, a on mi coś obiecał... – odpowiedziała jej matka spoglądając z niemałym wyrzutem w stronę skoczka.
- Pani Gudrun... – zaczął próbować coś powiedzieć szatyn, jednak Ana weszła mu zdecydowanie w zdanie.
- Kochanie, nie musisz niczego wyjaśniać mojej mamie. Przecież ona doskonale wie, że jestem chora... Chociaż czekaj! Może o tym zapomniała i winnam na nowo przypomnieć? – powiedziała z sarkazmem ciut głośniej dając upust swojej frustracji, widząc jednak lekko gromiące spojrzenie taty ściszyła głos i kontynuowała swoją wypowiedź. – Jem zgodnie z jadłospisem, ale masy niestety nie przybieram... Wręcz przeciwnie waga idzie, ale w dół. Przez to mam mieć kolejną konsultację z dietetykiem. Tak kochanie, moja mama zamiast spytać czy wszystko u mnie w porządku gotowa uznać, że mój wygląd jest twoją winą i że mnie głodzisz zamykając lodówkę na kłódkę... – skrzywiła się, by po chwili lekko z przekorą się zaśmiać na myśl tego jak jej matka oceniała troskę Gregora względem niej.
Ona miała jednak zupełnie inny obraz sytuacji. Spędzała z nim praktycznie cały swój czas. Co jak co, ale Gregor dbał o nią lepiej... niż często ona sama o siebie. Franz postanowił jednak delikatnie tym razem stanąć po stronie małżonki.
- Ana... Mama z całą pewnością tak nie myśli. Faktycznie martwi ją to co się z tobą dzieje, a wczorajszy upadek, tylko utwierdza nas w przekonaniu, że coś nie do końca jednak jest jak trzeba z twoim samopoczuciem. – blondynka ponownie się skrzywiła słysząc hasło, które działało na nią jak płachta na byka.
Na jej mamę jeszcze lepiej bowiem jak zapalnik, który właśnie pod wpływem tego słowa zadziałał.
- Możesz mi powiedzieć co się tam stało? Ile jeszcze będę patrzeć na te wasze wywrotki? Thomas kilka lat temu w Kussamo mało się nie zabił. Ty natomiast wcześniej wywinęłaś orła w Oslo, teraz Stams. Jak długo jeszcze, co? Gdybyś tylko mogła zająć się czymś innym, czymś normalnym... Nieeee... Zachciało ci się być jak wielki brat. Boże, za jakie grzechy przyszło mi się z tym mierzyć... – zaczęła na nowo swój wywód mama Morgenstern co wywołało kolejny grymas na twarzy skoczkini.
Czy ten obiad będzie mijał wyłącznie w takiej nerwowej atmosferze? Skoro tak, to ona zupełnie straciła apetyt. Spojrzała na posiłek przyniesiony przez kelnera czując, że... stanie jej dosłownie w gardle nim zacznie go w ogóle konsumować.
- Mamo... Ja nie oczekuję, że przestaniesz się o mnie martwić. Ten sport taki już jest, upadki są w niego wkalkulowane... – powiedziała próbując powściągać narastającą frustrację blondynka.
- To co, zapomniałaś nagle jak się ląduje? Może kiedyś na mamucie też tak wywiniesz orła? Wtedy w ogóle Cię nie poskładają, a ja będę musiała grzebać swoje dziecko... Może w tym Innsbrucku nie na darmo skacze się z widokiem na cmentarz. – skrzywiła się mama spoglądając tym razem na Gregora.
Dla niej czystym szaleństwem było to co robili. Jakiego wyboru dokonali lata wstecz. Zamiast postawić na normalny zawód, wybrali niebezpieczny sport, który... czym był? Widowiskiem? Jakim kosztem? Jakim wynagrodzeniem? Dla niej to było niepojęte.
- Pani Gudrun, dzięki Bogu nic takiego się nie stało. – rodzicielka blondynowatych prychnęła dość zdecydowanie na Gregora słysząc jego obronę. – I nic takiego się dziać nie będzie... Na mamucie dziewczyny nie skaczą... – słowa wypowiedziane przez szatyna choć były prawdziwe wywołały lekkie oburzenie blondynki, która natychmiast włączyła się w jego wypowiedź.
- Zapomniałeś dodać... Jeszcze nie skaczą kochanie. – Ana spojrzała prowokująco na matkę mając powoli dosyć dyskusji, która prowadziła tak naprawdę donikąd.
- Mogę się tylko domyśleć, ile strachu w pani siedzi, pani Gudrun... Ale Ana to niezwykle utalentowana skoczkini i może być pani z niej naprawdę dumna... To był zwykły wypadek przy pracy i nic groźnego się nie stało. – powiedział spoglądając z czułością na dziewczynę i ściskając lekko jej dłoń na znak wsparcia.
- Nic się nie stało?! Ale mogło się stać! Poza tym z tego co słyszałam ma naciągnięty mięsień, więc jak dobrze rozumiem ma kontuzję. To co się stało tam na skoczni? Może zechcesz wyjaśnić? Uspokoić, że już nigdy więcej...
- Przecież wiesz, że nie dam ci tej gwarancji... – spojrzała na mamę czując, że chce ciągnąć swoją wypowiedź w innym kierunku. – Stało się. Przyznaję się, że mam tyły treningowe. Nie są one małe, a walka z anemią niestety niczego mi nie ułatwia. Wywrotka była spowodowana głupim błędem... Moim błędem... Przepraszam jeszcze raz.
- Przepraszasz? Na co mi te słowa... – burknęła niezadowolona Gudrun wiedząc, że słowa córki choć mogą być szczere i tak niczego nie zmienią.
I tak zarówno Ana jak i Thomas skakali i skakać będą nadal. Wciąż byli młodzi i głodni dalszych sukcesów. Lęk o dwójkę jej najmłodszych pociech będzie jej towarzyszyć do momentu zakończenia kariery przez oboje.
- Każdego dnia... modlę się o wasze zdrowie, o to by któryś skok nie okazał się tym ostatnim Ana. Każdego dnia, gdy widzę was na szczycie góry strach zalewa moje wnętrze... Ten strach o wasze życie... Oh Ana, w życiu tego nie zrozumiesz, dopóki sama nie zostaniesz matką. – Ana zacisnęła mocniej dłoń na udzie Gregora z całej siły aż się lekko skrzywił.
Wiedział, że ten grunt rozmowy nie jest za dobry.
- A będąc przy temacie matek nie wiem czy Thomas lub Lena zdążyli już ci donieść Ana, że... znowu będziesz ciocią. Christina jest w ciąży. – uśmiechnął się szczerze Franz wyczuwając w końcu świetną sposobność na zmianę tematu przy stole.
Co prawda też martwił się o dzieci, ale Gudrun miała czasami tendencje do przesady w swej nadopiekuńczości czemu dzisiaj dała swój wyraz. Trzeba było w końcu przyznać, że zarówno Thomas jak i Ana są już dorośli, zatem on i jego małżonka nie mieli już takiego prawa jak kiedyś by ingerować nadmiernie w ich życie. Poza tym... sami dali im wcześniej zielone światło na zostanie zawodowymi sportowcami. Czy mogli zatem mieć pretensje o to, że gdzieś im się noga podwinęła? Absolutnie nie... Jedyne co mogli, to dawać bezgraniczne wsparcie na drodze, którą obrali. Gudrun widząc działanie męża lekko zmierzyła go pytającym spojrzeniem, co ten w odpowiedzi skwitował niewielkim uśmiechem. Czas dać młodym żyć swoim życiem.
- To wspaniała nowina! – klasnęła radośnie w dłonie Ana. – Coś już więcej wiadomo? – spytała żywo interesując się obecnym tematem.
- Cóż... Ciąża jest potwierdzona, rozwija się prawidłowo, więc za jakiś czas, będę mieć znów wnuka albo wnuczkę. Moje trzecie dziecko zostanie rodzicem... Nie mogę w to uwierzyć. Jeszcze tylko od ciebie dojdą dzieciaczki i będę babcią kompletną. Pamiętajcie tylko, nie za szybko, zdecydowanie macie jeszcze na to czas. – zaśmiała się Gudrun.
- Kochanie, myślę, że Gregor z Ane mają, póki co inne priorytety w życiu niż czynienie nas tak wcześnie dziadkami... – odpowiedział niezwykle pewnie żonie Franz.
Koniec końców parka miała dopiero dziewiętnaście lat, a kariera była w najlepszym rozkwicie. Mężczyzna był przekonany, że nie w głowie młodym prokreacja. Słysząc te teksty Ana poczuła jak kawałek mięsa zatrzymuje się w jej gardle... Gdyby tylko jej rodzice wiedzieli... Z ich ust biła niezwykła pewność, że nic takiego nie mogło by mieć miejsca, a tymczasem ona wcześniej spodziewała się dziecka. Niestety je stracili... Kaszlnęła lekko, zasłaniając przy tym twarz. Po czym postanowiła się ulotnić na moment do toalety, by uspokoić nieco swój oddech i galopujące emocje. Choć temat był radosny, to jednak wywołanie jej ciąży do tablicy wzbudziło niezbyt przyjemne dla niej wspomnienia. No tak, w końcu kto prócz Gregora mógł o tym przy tym stole wiedzieć. Przemyła szybko swoją twarz łapiąc spokojniej oddech. Dalej bowiem nie chciała dać po sobie niczego poznać. Niech tajemnica pozostanie nią nadal do stosowniejszego momentu. Być może już na zawsze. Po co dostarczać Gudrun kolejnego pożywnego tematu do rozmowy? O ich nieodpowiedzialnym zachowaniu. Dość szybko wróciła do stolika, gdzie jak się okazało temat dyskusji uległ zmianie. Tym razem na tapecie był dzisiejszy konkurs panów, który wygrał szatyn.
- Widzę, że przygotowania do nowego sezonu u ciebie Gregor niezmiennie na wysokim poziomie. Forma dopisuje... Mój syn ma poważnego rywala w walce o najwyższe cele. Czyżbyś grzał już nogi na Olimpiadę? – spytał z uśmiechem tata Morgenstern.
- Do Igrzysk jeszcze sporo czasu panie Franz. Konkurencja też nie śpi, wyścig zbrojeń trwa w najlepsze, a ja cóż... cieszę się, że dyspozycja jest. Czas pokaże na ile będzie to wystarczyć.
- No właśnie, jak wasze plany na najbliższy czas? – spytała nagle Gudrun wyprzedzając nieco dalszą sportową dyskusję. – Może udało by wam się zajechać do Spittal przed sezonem na jakiś krótszy odpoczynek? – spytała z nadzieją spoglądając na córkę, na co Ana westchnęła czując, że odpowiedź, którą ma na języku niekoniecznie spodoba się mamie.
- Mamo... Nie będę ukrywać, że będzie dość intensywnie... W najbliższym czasie czeka nas gala w Wiedniu, zgrupowanie w Egipcie, później podobno na śniegu w Norwegii... Zanim jednak to nastąpi przypomnę, że zaczęłam studiować więc pragnę się pojawić na uczelni, póki jeszcze mogę. Teraz do planu dojdzie też ta nieszczęsna rehabilitacja... – skrzywiła się na samą myśl blondynka.
- Mówisz o wyjeździe na zgrupowania. Czy ta noga dojdzie już na tyle do siebie by w ogóle się tam zjawić? – spytał ojciec.
- Nasz medyk uważa, że w ciągu dwóch tygodni powinno być już wszystko jak należy. Oczywiście powtórzymy badania i wtedy będzie wiadomo co i jak. – uśmiechnęła się szczerze do taty ciesząc się jednocześnie na kolejny wspólny sportowy wyjazd z partnerem.
Miała nadzieję, że to pomoże jej nieco odbudować formę, która póki co falowała.
- I znowu się zacznie... – westchnęła Gudrun co Ana z Gregorem skwitowała lekkim śmiechem.
Jej reakcje wyraźnie pokazywały jaki ma stosunek do tego co robili. Franz jednak dość szybko ukrócił komentarze żony.
- Tylko nie zaniechaj rehabilitacji... To ważne. – pokręcił palcem na co harcerskim tak jest zareagowała blondynka.
- I nie skacz... Znając ciebie to będzie niemałe wyzwanie. – spojrzała na nią wymownie matka.
Ana skinęła w odpowiedzi twierdząco głową. Nie trzeba było jej mówić czegoś co było dla niej oczywiste. Koniec końców zaniedbanie małej kontuzji mogłoby przerodzić się w coś znacznie gorszego, a tego w sezonie olimpijskim wolała zdecydowanie uniknąć. Nie minęła długa chwila jak spojrzeli na zegar, który wskazywał, że nastał czas się zbierać. W końcu państwo Morgenstern mieli jeszcze odbyć blisko trzy godzinną trasę do Spittal.
- Dbaj o siebie Ana. – przytulił ją tata na pożegnanie, by po chwili uścisnąć serdecznie dłoń towarzyszącego jej partnera.
- Jak nie zobaczę większej poprawy to się po prostu do nich wprowadzę. – powiedziała pewnie z uśmiechem Gudrun, co ostatecznie pokazało młodym, że mama Morgenstern w końcu znacznie wyluzowała.
- Będziesz zawsze mamo mile u nas widziana. – Ana przytulając zaskoczoną rodzicielkę puściła oczko szatynowi, co mogło znaczyć wyłącznie jedno.
Choć kochała mamę, nie wyobrażała sobie już dłuższego dzielenia z nią przestrzeni osobistej. Tym bardziej, że jej związek z Gregorem był już na wyższym poziomie niż jej mama mogła sobie wyobrazić.
- Pani Gudrun obiecuję, że się należycie o Ane zatroszczę... W końcu jest moim skarbem. – spojrzał z uczuciem na blondynkę co nieco rozczuliło Gudrun.
Ich spojrzenia wyrażały bowiem więcej niż tysiąc słów. Kochali się i było to faktycznie szczere uczucie...
- Ja myślę Gregor... Pamiętaj, że mam cię na oku. – spojrzała dość wymownie na szatyna co rozbawiło Ane.
- A ja mam nadzieję, że uda nam się w najbliższym czasie obrać kierunek na Spittal. – powiedział chcąc się jednak wkupić się nieco w łaski mamy blondynowatych.
Oczy Gudrun od razu mocniej rozbłysły. W końcu... marzyła o ponownym spotkaniu z dziećmi na swoim gruncie. Naturalnym było, że za nimi tęskniła. Szeroko otworzyła swoje ręce by... po raz pierwszy szczerze przytulić partnera córki. Ana mimowolnie się uśmiechnęła. Czyżby to znaczyło, że Gudrun nieco odpuści skoczkowi? Czyżby... w końcu przełamał w stu procentach grube mury mamusiowego serca? Rodzice Ane wsiedli do auta i ruszyli w dalszą trasę. Parka ochoczo im pomachała na do widzenia, po czym sama ruszyła w swoim kierunku.
***
Tymczasem Madlen i Thomas mijali właśnie przekreślony znak z miastem, które zostawiali za sobą. I pomyśleć, że te kilka dni temu jechali tutaj z całkiem innym nastawieniem. Oboje zagubieni… oboje niepewni sytuacji w jakiej się znaleźli. Czy żałowali w jaki sposób ewoluowała ich relacja? Bynajmniej. Jedyne czego Thomas żałował to tego, że Madlen musiała ponownie na nowo przeżywać wszystkie negatywne emocje związane z jego związkiem z Kristiną, a raczej z jego zakończeniem. Skąd jednak mógł wiedzieć, że wylądują akurat w tym hotelu… Koniec końców wszystko zakończyło się szczęśliwie, chociaż wcale nie musiało… Madlen natomiast wręcz nie mogła uwierzyć, w którą stronę to wszystko się potoczyło. Jadąc tutaj, nie postawiłaby złamanego grosza na to, że na nowo stworzą związek z Thomasem… tym bardziej, że pójdą na całość i się ze sobą prześpią. Może to był błąd… może była głupia. Jedno było pewne. Wciąż należała do niego. Ryzykowała… bo nadal nie pamiętała wszystkiego, ale czy między nimi mogło wydarzyć się coś gorszego niż to co sobie ostatnio przypomniała? Miała nadzieję, że nie. Morgi również zarzekał się, że ta akcja w windzie była jednorazowa. Mimo wszystko postanowiła i tak wypytać go o inne paskudne rzeczy, które sobie wzajemnie sprawili, wszak przecież ten liść nie był pierwszym… Zdecydowanie chciała się dowiedzieć, za co pierwszy raz zdzieliła go w twarz. Teraz jednak spojrzała na jego skupioną minę… Na profil, który prezentował się nad wyraz przystojnie. Czy ona kiedykolwiek mówiła mu jaki jest piękny? Jak idealny był w jej mniemaniu? Wiedziona niewidzialną siłą, ułożyła dłoń na jego karku, który następnie lekko musnęła opuszkami palców. Thomas automatycznie spojrzał na dziewczynę, która spoglądała na niego spod przymrużonych powiek.
- Adonis… – szepnęła przegryzając wargę, po czym czule wsunęła rękę w jego gęste blondwłosy.
Mało tam nie zaczęła mruczeć z zadowolenia, było to bowiem bardzo przyjemne. Nie inaczej czuł się chłopak. Czułość Madlen sprawiła, że nieomal odpłynął… Chwycił więc jej dłoń z lekkim grymasem, nie chcąc spowodować wypadku rozkoszowaniem się dotykiem dziewczyny.
- Twój zapomniałaś dodać. – powiedział po chwili składając na jej knykciach pocałunek, po czym odłożył ich złączone ręce na jej udo.
- Thomas… opowiedz proszę o naszym pierwszym spotkaniu. – zaczęła Madlen po niedługiej chwili, pogodnie na niego spoglądając.
- Hmmm… ale ja go nie pamiętam, bo było to prawie dziesięć lat temu. – odrzekł.
- Eeee… czyli to właśnie wtedy wpadłam jak śliwka w kompot? – zachichotała Madlen. – Dekadę temu… przecież byłam dzieckiem. Jak to możliwe, że już wtedy się w tobie zakochałam?
- Mnie nie pytaj… – wzruszył ramionami. – Sam się nad tym zastanawiam…
- Zdecydowanie musisz mi chyba pokazać album ze zdjęciami z tamtego okresu. – oznajmiła. – Byłeś przystojnym chłopcem? – zapytała unosząc brew.
- Wybitnie. – odrzekł Thomas z dziarskim uśmiechem.
- Mmmm… aż zaczęłam wyobrażać sobie naszego wspólnego potomka. – zaśmiała się. – To może być naprawdę urocze dziecko. – zachichotała.
- O ile odziedziczy urodę po mamie. – odrzekł pogodnie się uśmiechając, po czym ponownie ucałował jej dłoń.
To jak się teraz czuł… nie szło tego opisać. W najśmielszych snach nie przypuszczał, że na nowo przyjdzie im rozmawiać na takie tematy. Że Madlen zacznie wyobrażać sobie, a co dopiero mówić o ich wspólnej przyszłości… Naprawdę ciężko było mu pojąć jakie życie potrafi być przewrotne. Nie miał zamiaru jednak się nad tym rozwodzić, a rozkoszować perspektywą ponownego, wspólnego kroczenia razem przez świat.
- Nasze pierwsze świadome spotkanie odbyło się w mieszkaniu Martina, co z resztą już wiesz. – odezwał się po chwili.
- Tak, tak… – zachichotała. – To wtedy pomyślałeś, że jestem jedną z tych maniakalnych fanek, które nachodzą was w domu. – dalej się chichrała.
- No cóż… bardzo uroczą fanką. – puścił jej oczko.
- Czyżbym od razu zwróciła twoją uwagę? – uniosła brew przegryzając wargę, na co Thomas zrobił nagle zamyśloną minę, Lena więc szturchnęła go by na nowo skupił się na niej i prowadzeniu auta.
- Odbyliśmy już kiedyś podobną rozmowę. – powiedział. – W Los Angeles, na plaży przy zachodzącym słońcu.
- Naprawdę? – dziewczyna szerzej otworzyła oczy nie kryjąc swojego zaskoczenia. – Rozumiem, że było to podczas moich mistrzostw? – zapytała, na co chłopak kiwnął głową na potwierdzenie jej słów. – To może coś więcej opowiesz o pobycie w L.A. Co tam ciekawego robiliśmy? – rzuciła i poczuła nagle jak Morgi mocniej zaciska dłoń na jej palcach.
Zmierzyła jego profil i lekko się zaśmiała, bowiem po twarzy chłopaka błądził tajemniczy uśmiech.
- Coś czuję, że było upojnie… – zaśmiała się. – Ale… przecież nasz pierwszy raz, z tego co mówiłeś, odbył się w twoim rodzinnym domu.
- W L.A. odbyły się nasze inne pierwsze razy. – odrzekł oblizując swoje wargi, na co Madlen spaliła lekkiego buraka. – Lena… nie to, że się wymiguję od rozmowy, ale… czy możemy zmienić temat? Nie chcę przez pojawiające się przed moimi oczami gorące wspomnienia spowodować wypadku. – powiedział po chwili, przez co dziewczyna poczuła, jak rumieni się jeszcze mocniej, ale pokiwała twierdząco głową na znak zgody.
Faktycznie, sprowokowanie go do sięgania wspomnieniami do minionych, szczęśliwych chwil nie było dobrym pomysłem. Madlen więc połączyła swój telefon z Bluetooth w samochodzie i postanowiła umilić im czas muzyką, bowiem reklamy płynące z radia były męczące. Jednak, by znowu nie puścić czegoś co miało dla nich obojga jakieś znaczenie… wyszukała ostatnio wydane hity, po czym w akompaniamencie składanki z miesiąca września 2009 jechali dalej.
Nagle Madlen zorientowała się, że Thomas wybrał inną trasę niż tą, którą pokonali, kiedy kierowali się do Innsbrucku w środę. Jej spojrzenie przykuły piękne, wysokie szczyty, gdzieniegdzie przykryte śniegiem. Spojrzała na chłopaka pytająco, ale w odpowiedzi ujrzała tylko jego tajemniczy uśmiech. Nagle spostrzegła tabliczkę w języku włoskim informującą, że są na terenie Parku Krajobrazowego Fanes-Sennes-Braies. Jej brwi poszybowały do samej linii włosów. Włoskie Dolomity? To nie mogło być nic innego jak przepiękne jezioro Pragser Wildsee lub jak kto woli Lago di Braies. I na potwierdzenie jej podejrzeń, nagle przed nimi wyrosło Croda del Becco, monumentalna skalna ściana, u podnóża której znajdowało się Jezioro Braies. Madlen od razu zaczęła przebierać nogami z podekscytowania. Słyszała, że wiele nowożeńców wybiera właśnie to miejsce, jako scenerię do ślubnej sesji. Musiało więc tu być niezmiernie pięknie i… romantycznie. Och, czy Thomas był romantycznym facetem? Nigdy się nad tym nie zastanawiała… Przypomniała sobie jak Mer nazwała go ostatnio „bez uczuć patykiem”, ale Thomas bardzo często zaprzeczał temu stwierdzeniu. Chociażby podczas ich rozmowy, kiedy pozwolił sobie na łzy. Po drugie był też również niezmiernie namiętny… Ponownie na niego spojrzała… Niekiedy był dla niej jedną wielką niewiadomą. Po chwili parkowali już na hotelowym parkingu, który znajdował się praktycznie przy samym jeziorze.
- Masz ochotę na krótki spacer? – zapytał Morgi gasząc samochód, na co Madlen pokiwała jedynie energicznie głową rozkoszując się już pięknymi widokami przed nimi.
Wysiedli więc z auta i łącząc swe dłonie ruszyli wolnym krokiem w stronę wody i pomostu, po którym przechadzali się turyści. Oboje rozglądali się zachwyceni przecudowną scenerią, które tworzyła majestatyczna góra Seekofel oraz Jezioro Braies, które mieniło się głęboką szmaragdową zielenią, to znów chłodnym turkusowym błękitem. Uroku dodawały malowniczo odbijające się w nim okoliczne lasy, a kwintesencją była stara przystań na brzegu.
- Thomas… tutaj jest przepięknie. – powiedziała Madlen wyprzedzając go o kilka kroków, sunąc delikatnie ręką po drewnianej barierce spoglądając w nieskazitelną zieleń wody. – Dziękuję, że mnie tutaj zabrałeś. – odrzekła odwracając się w jego stronę idąc tym samym do tyłu.
Blondyn lekko się uśmiechnął wpatrując zawzięcie w jej błyszczące oczy i zaróżowione policzki. Była teraz taka… urzekająca. Gdyby nie był w niej już zakochany po uszy… znowu by się w niej zakochał… raz za razem. Przyspieszył swój krok by nieco ją dogonić, wyciągnął w jej kierunku rękę i gdy Lena z nieśmiałym uśmiechem ją pochwyciła, on wciągnął ją w swoje ramiona łącząc swoje dłonie na jej plecach. Wylądowała więc z rękami płasko rozłożonymi na jego torsie. Lekko zachichotała, po czym objęła go ramionami za szyję.
- Czyżby był pan niepoprawnym romantykiem panie Morgenstern? – zapytała spod rzęs przegryzając figlarnie wargę.
- Ja romantyczny? – zakpił teatralnie. – Ja przywiozłem nas tu tylko po to by panią zbałamucić panno Steward. – zaśmiał się.
- Chciałeś mnie oczarować tymi pięknymi widokami bym ponownie wskoczyła ci do łóżka? – zaśmiała się Madlen.
- Niewykluczone… – puścił jej oczko.
- Masz na mnie ochotę Thomas? – zapytała Madlen przybliżając usta do jego ucha, by następnie lekko musnąć je językiem.
Ciało chłopaka przeszył prąd, co bardzo mocno odczuł w swoich lędźwiach. Ścisnął więc talię Leny nieco mocniej pokazując jak szalenie na niego działała.
- Będziesz musiał obejść się smakiem… – zachichotała miziając go subtelnie nosem za uchem.
Morgi uniósł zawadiacko brew automatycznie napierając lekko acz zdecydowanie na ciało Madlen. Dziewczyna po chwili poczuła, jak drewniana barierka wpija się jej w łopatki, a blondyn więzi ją w swoim niedźwiedzim uścisku. Jego dłonie pomknęły w kierunku jej bioder, usta natomiast zaczęły sunąć po szyi. Całe ciało Madlen w ułamku sekundy pokryło się gęsią skórką. Co on z nią wyrabiał… Nie mogąc nad sobą zapanować ani nad potrzebą ciała, chwyciła jego twarz w swoje dłonie, po czym złączyła ich usta w pełnym namiętności pocałunku. Thomas uśmiechnął się zapalczywie ssąc jej wargi, by następnie wsunąć swoje zimne dłonie pod jej kurtkę. Lena syknęła, ale nie przerwała czułej pieszczoty. Jej skóra była gorąca i jak się okazywało potrzebowała bliskości chłopaka, dlatego pozwoliła mu na nieco odważniejsze poczynania, samej nabierając odwagi, kiedy przegryzła jego dolną wargę. Miała ochotę dosłownie zacząć tam jęczeć… Dlaczego on potrafił być taki namiętny? Jednym pocałunkiem rozpalał ją do czerwoności…W jej głowie była sieczka, a jedyne czego teraz pragnęła to stać się z nim jednością, jednocześnie kosztować raz po raz jego stworzonego do zbliżeń ciała.
- Thomas… – westchnęła, ostatkiem silnej woli powstrzymując się by nie zacząć ocierać się o niego biodrami. – Proszę przestań mnie tak całować… – szepnęła, nadal jednak muskając jego usta językiem. – Nie jesteśmy sami, a jak tak dalej pójdzie… będziemy musieli schować się w krzakach. – powiedziała, na co Morgi od razu zaprzestał swych poczynań głośno wybuchając śmiechem.
- I kto tu ma na kogo ochotę. – zakpił.
- To wszystko twoja wina! – żachnęła się dziewczyna udając oburzenie. – Chciałeś mnie zbałamucić?! To ci się udało… – zaśmiała się na nowo przyciągając go do siebie, ale już nie w celu świntuszenia przy innych, a po to by mocno wtulić się w jego tors.
- Mam nadzieję, że wiesz po co tak naprawdę cię tutaj zabrałem? – zapytał po chwili rozkoszując się uczuciem trzymania w ramionach całego swojego świata.
- Nie po to byśmy mogli wynająć pokój na szybki numerek? – zaśmiała się dziewczyna spoglądając w stronę hotelu.
- Szybki numerek mogliśmy też odbyć w samochodzie. – puścił jej oczko, czym wywołał lekkie rumieńce na twarzy Leny, bowiem przed jej oczami pojawiły się bardzo nieprzyzwoite obrazki.
- Thomas… – westchnęła nagle. – Może udamy się w stronę tamtej kapliczki? – zapytała wskazując na nieopodal znajdujący się nieduży kościółek. – Może wygoni z ciebie diabła, który mnie tak kusi. – zachichotała spoglądając na niego z rozbawieniem, czym wywołała ponownie jego głośny śmiech.
Blondyn objął ją więc ramieniem, ucałował czubek jej głowy, po czym poprowadził w stronę świątyni.
- Thomas… czy wspomnienie, które sprowokował u mnie Michael to była sytuacja, kiedy odeszłam od ciebie za sprawą zagmatwanego rozstania z Kristiną? – wypaliła w pewnym momencie Madlen.
To tyle jeśli chodzi o zabawne przekomarzanki. Przyszedł czas na poważne rozmowy.
- Tak. – odpowiedział krótko Thomas, ale widząc ponaglający wzrok Leny ciężko westchnął. – Uciekłaś wtedy przede mną do Wisły. – zaczął więc opowiadać. – Zbiegło się to w czasie z rozstaniem Ane i Gregora.
- To oni… zerwali? – zapytała szczerze zdziwiona dziewczyna.
- Długa historia, może Ana winna ci ją opowiedzieć. – odrzekł chłopak, Lena więc nie drążyła tematu.
- Nie kłamałeś z tym uciekaniem… – wypaliła w pewnym momencie chcąc powrócić do głównego tematu. – Polska to przecież dosyć daleki kraj…
- Nie ma takiego miejsca na świecie, gdzie bym cię nie odnalazł. – odparł pewnie Thomas, Madlen uniosła więc na niego swoje oczy by spojrzeć w jego tęczówki.
- Szukaj mnie, cierpliwie dzień po dniu… – zachichotała chcąc rozluźnić atmosferę, Morgi jednak pozostał poważny, a jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej intensywne.
- Wszystkie drogi prowadzą do ciebie Madlen... – odrzekł ponownie dnia dzisiejszego chwytając ją w swoje ramiona, akurat wtedy, kiedy znaleźli się pod kaplicą.
- Bo prawdziwa miłość zawsze znajdzie drogę by się odnaleźć… – szepnęła niejako wchodząc mu w słowa.
Oczy Thomasa od razu rozbłysły. Oparł więc czoło o jej czoło by w jakiś sposób wpłynąć na swoje emocje i się przy niej kolejny raz nie rozkleić. Lena nie była tak powściągliwa i pozwoliła kilku łzom wzruszenia ujrzeć światło dzienne. Poczuła się jeszcze bardziej urzeczona, kiedy Morgi czułym gestem zmył kciukami jej mokre policzki.
- Czy nasz związek zawsze tak wyglądał? – zapytała spoglądając mu w oczy. – Jesteś bardzo emocjonalnym facetem… – kontynuowała gwoli wyjaśnienia widząc jego pytającą minę.
- Tylko przy tobie… – odrzekł z pogodnym uśmiechem. – Tylko ty wiesz jaki naprawdę jestem. Po drugie… to ty nauczyłaś mnie jak być romantycznym, uczuciowym i wrażliwym. – kontynuował. – A tak naprawdę nasz związek to jeden wielki wulkan emocji, którego erupcja następuje w najmniej spodziewanym momencie. – zaśmiał się na koniec.
- To chyba dobrze… nie można się nudzić. – uroczo zachichotała przegryzając wargę.
- My i nuda nigdy nie występuje w jednym zdaniu. – puścił jej oczko, po czym weszli w końcu do małego kościółka, przed którym stali dużej niż powinni.
- Thom… nie wiem czy ci kiedykolwiek mówiłam… – zaczęła w pewnym momencie Madlen, ale szybko ugryzła się w język nie wiedząc czy kontynuowanie myśli to dobry pomysł.
Widząc jednak jego zachęcający wzrok stwierdziła, że przecież nie ma nic do stracenia.
- Od zawsze marzyłam o ślubie w takiej małej kaplicy. – powiedziała lekko się rumieniąc.
- Zanotowano. – puścił jej oczko, na co Lena aż przystanęła, pytająco więc na nią spojrzał.
- Ty… ty naprawdę na poważnie o mnie myślisz? – zapytała skonsternowana. – To nie żadna przygoda, miłość nastolatków?
- Czy ja naprawdę tak mocno bym o nas walczył gdybym na poważnie o tobie nie myślał jako o swojej… – odrzekł Morgi, blondynka jednak szybko zastawiła mu usta dłonią kręcąc głową by nie kończył.
To chyba sięgało nieco za daleko…
- Żonie. – dokończył miękko Thomas delikatnie zabierając rękę Madlen, nie omieszkał oczywiście złożyć po wewnętrznej jej stronie szybkiego całusa.
- Och Thomas… – westchnęła dziewczyna wyrywając się z jego objęć i odeszła kilka kroków.
- Przestań teraz o tym rozmyślać… – powiedział podchodząc do niej dając jej jednak nieco przestrzeni na przetrawienie rozmowy. – To odległa przyszłość. – dodał po chwili z pogodnym uśmiechem, Lena więc uniosła na niego swój wzrok lekko uspokojona. – Jesteś głodna? – zapytał zerkając w stronę hotelu, w którym zapewne znajdowała się restauracja.
Blondynka pokiwała twierdząco głową, Morgi więc pochwycił jej rękę i poprowadził w stronę wejścia.
- Myślisz, że w działaniu Kofiego było jakieś drugie dno? – wypaliła w pewnym momencie Madlen.
- Oby nie… – warknął Thomas. – Mam nadzieję, że szczerze kocha Mirjam, a nie na nowo smoli do ciebie cholewki. – odrzekł zdegustowany przepuszczając ją w drzwiach.
Lena zagryzła wargę próbując się nie uśmiechnąć. To jaki był o nią zazdrosny było… urocze. Stwierdziła, że nie będzie ciągnąć tematu, nie chcąc bardziej go drażnić. To był miły dzień i nie chciała, by jego dobry humor gdzieś uleciał, szczególnie, że czekała ich jeszcze rozmowa w poważniejszych kwestiach niż szczeniackie zagrywki Andreasa.
Po niedługiej chwili zasiedli przy jednym ze stolików wskazanym przez kelnera. Madlen spojrzała w kartę, po czym uniosła swe oczy ukradkiem spoglądając na Thomasa. W jej głowie bowiem pojawił się pomysł, nie wiedziała tylko czy chce się nim dzielić z chłopakiem.
- Morgi… – zaczęła nieśmiało. – Czy mamy jakieś szczególne plany na jutro? – zapytała przeglądając butelki z winem.
- Jutro? Regeneracja po mistrzostwach, jeśli chodzi o moją osobę. – odrzekł zastanawiając się na co ma największą ochotę. – Czyli… słodkie lenistwo. – dodał z lekkim uśmiech i uniósł oczy na dziewczynę, po czym zmarszczył brwi obserwując jak chowa swoją twarz za kartą.
Jej rumiane policzki jednak mu nie umknęły.
- A o co chodzi? – zapytał odkładając menu.
- Bo tak się zastanawiałam… – zacisnęła usta w wąską kreskę nie wierząc co miała zamiar za chwilę zaproponować. – Może… zostaniemy tutaj do jutra? – powiedziała na wdechu nadal intensywnie wpatrując się w listę win.
Thomas zamrugał zaskoczony oczami.
- W sumie… możemy. – odrzekł. – Ale… starczy nam ubrań? – zaśmiał się.
- Najwyżej majtki obrócimy na drugą stronę. – zachichotała Madlen, na co Morgi zaczął kaszleć na raz śmiejąc się, bowiem akurat popijał wodę. – Po prostu… skoro już tutaj jesteśmy, grzechem było by nie pospacerować wokół jeziora, szczególnie, że jutro ma tu być piękna pogoda.
- Eee… ale nie mamy ani odpowiedniego obuwia ani ubioru. – zauważył Thomas.
- Może mają tutaj w hotelu jakiś sklep. – na głos zaczęła zastanawiać się Madlen.
- Dobrze… wybierzmy najpierw coś do jedzenie, zjedzmy, a potem pójdziemy do recepcji zapytać o wolny pokój oraz… o całą resztę. – zarządził blondyn, na co Madlen uradowana zaczęła energicznie klaskać ze szczęścia.
Następnie skupili się ponownie na menu by w końcu zdecydować się na jakiś obiad. Stanęło na tym, że Lena wybrała papardelle ze szparagami i prosciutto, natomiast Thomas postawił na mięso. Zajadał więc za chwilę rostbef z grillowanymi gruszkami i lazurowym dresingiem. W połowie posiłku Madlen uniosła swój kieliszek z białym Pinot Grigio i uwodzicielsko się uśmiechnęła. Morgi zaśmiał się pod nosem, ale stuknął o jej kieliszek swoim Cabernet Sauvignon, który według kelnera miał podkreślić soczystość i tłustość mięsa. Dowiedzieli się bowiem, że po sezonie hotel nie miał takiego obłożenia, z pokojem więc nie powinno być problemu. Dania i wino były wyborne, szybko więc kelner uzupełnił napitek. W ferworze lekkiego upojenia, Madlen zamówiła również deser w postaci Salzburger Nockerl, lekkiego sufletu przypominającego kształtem górskie szczyty. Kiedy talerzyk z ciastem stanął przed nią, przysunęła się do chłopaka, po czym nabierając mały kawałek skierowała swój widelczyk w jego stronę zabawnie unosząc brew.
- Myślisz, że będę jadł ci z rąk? – zaśmiał się Thomas, na co Lena zmierzyła go niezrównanym spojrzeniem.
- Ja nie myślę. Ja to wiem. – zawadiacko się uśmiechnęła, po czym wystawiła widelec w stronę ust blondyna.
Morgi zaniemówił… Miał lekkie deja vu. Czy Madlen również to czuła? Czy specjalnie to powiedziała? Patrząc głęboko w jej oczy, pochylił się lekko i otworzył usta by skosztować sufletu. W tym samym momencie Lena cofnęła rękę i dziewczęco zachichotała. Chłopak więc, czując jak serce przyspieszyło swój rytm w jego piersi, chwycił jej dłoń i sam włożył sobie porcję do buzi.
- To było zanim się całowaliśmy czy już po? – wyszeptała nagle pochylając nieco głowę w jego kierunku, spoglądając na niego spod rzęs, na co Morgi ciężko przełknął ślinę.
- Kilka godzin przed pierwszym pocałunkiem. – odrzekł wpatrując się w jej malinowe usta.
- Dlatego pewnie wtedy tego nie zrobiłam… – powiedziała, chwyciła dłonią jego podbródek, po czym złączyła ich usta w krótkim pocałunku, zlizując z warg Thomasa niewielką ilość cukru pudru.
Blondyn naprawdę musiał wspiąć się na wyżyny swojej samokontroli, bowiem to co z nim robiła… miał ochotę jedynie pochwycić ją w swoje ramiona i całować tak długo aż zaczęłaby go błagać o to by przestał.
- Za to zrobiłaś to nieco później. – powiedział po chwili unosząc zabawnie brew, kiedy już nieco doszedł do siebie, a Lena wróciła do zajadania deseru.
- Czyli ja ciebie pierwsza pocałowałam… aż ciężko w to uwierzyć. – rzekła niby przypadkiem zmysłowo oblizując widelczyk.
Morgi poczuł mrowienie w okolicach lędźwi na ten widok.
- Przestań to robić Madlen… – wyszeptał ponownie ledwie mogąc nad sobą panować, na co dziewczyna zatrzepotała rzęsami z udawaną niewinnością. – Nie planowałem dziś seksu z tobą, bo nie wiedziałem…
- Pfff… – żachnęła się Lena. – Przestań kłamać, bo w to ci nie uwierzę! Przecież ty o niczym innym nie myślisz tylko o tym jak znowu mnie przelecieć. – powiedziała z przekornym uśmiechem, na co Thomas aż… zaniemówił.
- Hmmm… – spojrzał na nią mrużąc oczy. – A kto zaczął od miziania karku w samochodzie? Potem… pragnę zauważyć, że to ty pocałowałaś mnie na pomoście…
- Ale ty to zainicjowałeś! – pisnęła ze śmiechem, wiedząc do czego zmierza.
- Następnie pocałunek tu przy tym stole, również wyszedł od ciebie. I to niby ja chcę przelecieć ciebie? – zapytał unosząc brew.
- Och przepraszam… czujesz się napastowany? – zachichotała zamaczając usta w kolejnej lampce wina.
- Czuję, że… moje plany mogą ulec zmianie. – odrzekł spoglądając jej głęboko w oczy.
Lena musiała ciężko przełknąć ślinę obserwując jak ciemnieją mu tęczówki.
- Ta rozmowa chyba… nie zmierza w dobrym kierunku. – zaśmiała się nerwowo.
- Zgadzam się… – powiedział nie kryjąc się nawet ze swoim frywolnym spojrzeniem.
Madlen kolejny raz się zarumieniła, czując, jak rozbiera ją oczami. No co zrobić, że tak bardzo lubiła sobie z nim pogrywać… trochę go prowokować i zdecydowanie grać na wyobraźni. Szkoda tylko, że najczęściej… obracało się to przeciwko niej samej. Czas więc chyba przyszedł na zmianę kierunku ich rozmów na bardziej… poważny. Upiła kolejny łyk wina by nabrać nieco więcej odwagi, po czym wyprostowała się na krześle i spojrzała twardo w jego oczy.
- Thomas… za co i kiedy pierwszy raz dostałeś ode mnie w twarz? – wypaliła bez ogródek.
Chłopak słysząc jej słowa nie mógł ukryć grymasu, który pojawił się na jego buzi. No cóż… czas wyłożyć karty na stół. Gorzej już przecież nie będzie, prawda? Podobnie jak ona, chwycił swój kieliszek z winem, po czym upił spory łyk, następnie z posępną miną spojrzał na Madlen.
- To wszystko przez Jacobsena… – zaczął drżąc na całym ciele przypominając sobie te mroczne czasy niepohamowanej zazdrości o blondynkę.
- Thomas… – odrzekła ze spokojem Lena. – Czy nie prosiłam byś nie obwiniał o cały swój szajs innych ludzi? – zapytała unosząc brew.
- Gdyby wtedy się tak do ciebie nie kleił… – tutaj zrobił zniesmaczoną minę. – Do niczego by nie doszło…
- Rozumiem, że to ma związek z moją… – tutaj zrobiła cudzysłów. – Zdradą narodu austriackiego? – zapytała, na co Morgi pokiwał twierdząco głową.
- Zaczęło się od waszego wspólnego biegania… – rzekł, a Lena parsknęła śmiechem.
- Ty chyba naprawdę nie potrafisz się dzielić… – zachichotała. – To tylko głupie bieganie, przecież nie bzykałam się z nim gdzieś po krzakach. – palnęła, a Thomas zrobił się nagle dziwnie blady.
- Gdyby cię tknął… przysięgam, została by z niego tylko mokra plama… – warknął zaciskając pięści.
- Teraz… czy wtedy? – zapytała nieśmiało Lena.
- Wtedy… teraz… zawsze. – odrzekł poważnie spoglądając jej w oczy.
- Zdecydowanie powinieneś nieco popracować nad swoją zaborczością Thomas. – uśmiechnęła się upijając kolejny łyk wina.
- Może i powinienem, ale… nie zdajesz sobie sprawy jak wielu tych skurwieli kręciło się koło ciebie.
- A przecież ja od zawsze byłam tylko twoja. – zauważyła spoglądając na niego spod rzęs.
- Wtedy tego nie wiedziałem…
- Ale teraz wiesz i mimo to… nic się nie zmieniło. Nadal jesteś chorobliwie zazdrosny.
- A jesteś? – zapytał. – Tylko moja? – dodał widząc jej pytające spojrzenie, na co Madlen tylko tajemniczo się uśmiechnęła.
- I co było potem? – zapytała zachęcając go tym samym do kontynuowania opowieści.
- Potem… było jeszcze gorzej. – skrzywił się. – Jakieś buziaki na dzień dobry… jakieś przytulasy na do widzenia i co najgorsze… Ten frajer za każdym razem, gdy go mijałem śmiał mi się w twarz. Kiedy zobaczyłem, jak wychodzicie razem na twój trening… coś we mnie pękło i… zadzwoniłem do Kristie. – powiedział spuszczając wzrok, po czym zaczął tępo wpatrywać się w serwetkę na stole. – Kwintesencją było twoje wyjście z nim… nie wiem nawet jak to nazwać… na piwo? Na tańce? Na randkę… To było jak… policzek. Czując się zdradzony, porzucony… poszukałem ukojenia nie tam gdzie trzeba.
- To była twoja dziewczyna. – odezwała się Lena. – Nie dziwi mnie, że szukałeś hmmm… zainteresowania? – zaczęła na głos się zastanawiać. – Wygląda na to, że nie jestem bez winy… gdyby nie moje zachowanie, może… wcale nie musiałbyś być zazdrosny. Pytanie czy w ogóle powinieneś być… – spojrzała na niego unosząc brew. – Nie uważasz, że mając partnerkę nie powinna interesować cię inna dziewczyna?
- Ale interesowała. – odrzekł poprawiając się na krześle, po czym spojrzał jej znacząco w oczy. – Potem trochę się pokłóciliśmy, w efekcie czego wylądowałaś znowu w ramionach Andersa, a ja pomyślałem… – zaczął kontynuować, ale nagle wybuchł śmiechem. – Pomyślałem, że to w nim jesteś zakochana. Boże, jaki byłem głupi… Przecież to zawsze byłem ja. Teraz jak o tym myślę… – jego śmiech stał się nieco bardziej nerwowy. – Gdybyśmy od początku byli ze sobą szczerzy, może to wszystko potoczyłoby się inaczej.
- Ale nie mielibyśmy Lilly. – odrzekła Madlen bawiąc się jeszcze nieopróżnionym kieliszkiem.
Thomas spojrzał jej głęboko w oczy szukając w nich szczerości, na co dziewczyna jedynie pogodnie się uśmiechnęła.
- Potem próbowałem cię pocałować, na co ty zdecydowanie nie wyraziłaś zgody, powiedziałem więc coś czego teraz na pewno nie powtórzę i… dostałem soczystego liścia. – Morgi zakończył historię, po czym przechylił kieliszek dopijając swoje wino do końca, a Madlen zmrużyła na niego oczy.
- Jacobsenowi dajesz, a mnie nie chcesz? – zacytowała jego słowa, przez co Thomasowi w sekundę zrobiło się słabo. – Dupodajka… no całkiem dobre zdanie o mnie miałeś. – zaśmiała się Lena.
- Nie miałem… nigdy tak o tobie nie myślałem. Chciałem tylko byś cierpiała tak jak ja… Nie zdajesz sobie sprawy jak się czułem, kiedy chętnie lądowałaś w ramionach innych niż moje… Czasami, naprawdę potrafiłaś złamać mi serce, zanim zdałem sobie w ogóle sprawę, że ono bije tylko dla ciebie.
- Czy te dwie sytuacje to były najbardziej podłe akcje w naszej wspólnej historii? – zapytała Madlen, na co Morgi pokiwał twierdząco głową. – Cóż… chyba oboje mamy sporo za uszami. – westchnęła, po czym nagle uniosła rękę w celu przywołania kelnera. – Jestem już nieco zmęczona. Pójdziemy zapytać o ten pokój? – zaproponowała, co Thom ponownie potwierdził skinieniem głowy.
Chwilę później, po opłaceniu rachunku, ruszyli w stronę recepcji, gdzie dosyć szybko załatwili sprawę zakwaterowania. Następnie wrócili do samochodu po bagaże, by w końcu udać się do swojego lokum.
***
Tymczasem w mieszkaniu Ane i Gregora czas mijał dość leniwie na małym maratonie filmowym. Po skończeniu kolejnego filmu blondynka poczuła znużenie. Uniosła ku górze swoją twarz by jej wzrok spotkał się ze wzrokiem ukochanego i zaproponowała szatynowi udanie się do sypialni. Ten dzień... Sporo ich dzisiaj kosztował. Humorki matki, wygrana Gregora, a także kumulacja emocji związana z naciskami mediów na wywiady odnośnie jej kontuzji i wywrotki. Szczerze? Cieszyła się, że ten weekend dobiegł końca... Pragnęła zamknąć oczy i dość szybko zapomnieć niezbyt przyjemne wspominki z tego okresu. Gdy Ana wstała z sofy i ruszyła spokojnie w kierunku schodów, dość szybko poczuła zdecydowane poderwanie ciała do góry. Szatyn uraczył ją frywolnym spojrzeniem. Ana widząc jego zdecydowane poczynania złapała go za szyję i spojrzała w miodowe tęczówki partnera.
- Cóż to za pomysł panie Schlierenzauer? Jeszcze mam sprawne nogi. Będzie mnie pan już zawsze nosił na rękach? – spytała lekko przy tym chichocząc.
- Myślę, że nie ma co zbędnie fatygować twojej łydki. Dziś już i tak miała sporo obciążeń... A chyba nie chcemy pogłębiać tego urazu. – odparł z troską w głosie, ustami cmokając czule jej czoło.
Chłopak sprawnie pokonał kilka schodów dzielących salon od sypialni, po czym usadowił partnerkę na ich łóżku. Blondynka w dowodzie wdzięczności skradła kolejnego całusa, następnie pozwoliła szatynowi zająć się kontuzjowaną nogą. Nie mogła zaprzeczyć, że jego zaangażowanie było bardzo miłe... Skoczek sprawnie uwinął się z bandażem, który do tej pory był założony na jej łydce. Widząc wielkiego krwiaka Gregor się skrzywił, bowiem nie wyglądało to na coś przyjemnego, a wręcz przeciwnie... Jej ból przez moment stał się jego bólem.
- Doktor Schlieri ponownie na posterunku! – cmoknął lekko naruszone miejsce, gdzie mimo smaku miękkich warg na ustach dziewczyny zagościł grymas. – Bardzo boli? – spytał, wmasowując maść chłodzącą w obrębie uszkodzonej nogi.
- Idzie się przyzwyczaić... – dziewczyna syknęła, po chwili gryząc się w język chcąc schować odczucie, które jej towarzyszyło.
Gregor choć bardzo tego nie chciał lekko zaśmiał się pod nosem. Nie musiała przecież zgrywać przy nim twardziela. Odczuwanie bólu nie jest przecież oznaką słabości, jeszcze w takiej sytuacji.
- Jak cholera... – odparła, ściskając mocniej rant łóżka, gdy szatyn kończył wiązanie bandaża.
Przepraszająco spojrzał w jej błękitne tęczówki, po czym zaległ na swojej części łóżka. Wystawił ochoczo swoją rękę by dziewczyna mogła się na niej wygodnie ulokować.
- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. – uśmiechnęła się Ana czując przyjemne muśnięcia dłoni chłopaka na swoim ramieniu.
- Czyli mam rozumieć, że niespodzianki w najbliższym czasie odpadają? – spytał robiąc przy tym zaciekawione spojrzenie.
Był pewien, że wyjazd na krótki wypad poza miasto dobrze im zrobił. W końcu kto wytrzymał by w domu, gdzie atmosfera z pewnością nie była domowa. Wręcz przeciwnie, pewnie było gęsto... Dobrze, że byli poza nim, nadmierna miłość Gudrun mogłaby przyczynić się do tego, że pokazał by potencjalnej teściowej drzwi by panie nie rzuciły się sobie do gardeł. O tak... Zdążył już trochę poznać panią Gudrun... Kochała Ane... Na swój sposób. Może na jej szczęście emocje nieco opadły, a ich wspólna obecność poza mieszkaniem pomogła względnie znieść całą sytuację bez większego dymu.
- Niespodzianki zawsze są mile widziane. – dziewczyna szeroko się uśmiechnęła na samą myśl tego jak chłopak potrafił ją zaskoczyć dzień wcześniej. – Prawdą jest jednak to, że tu w domu najlepiej wypoczywam u twego boku... Wczorajszy dzień, był tak intensywny w skrajne doznania, że ten wypad dobrze mi zrobił. Mogłam się odciąć od tego wszystkiego co miało miejsce na skoczni... Nie słuchać kazań mamuśki... – skoczkini mimowolnie lekko się skrzywiła na myśl umoralniających wykładów rodzicielki.
Przecież nie od wczoraj skakała na nartach... Była dorosła i miała już swoje własne życie. Na swoich zasadach, jak widać nie każdy potrafił to w stu procentach zaakceptować.
- Chociaż dziś i tak nieco oberwałaś. – stwierdził Gregor, myśląc o tym co działo się na skoczni i poza nią.
- Uwierz mi... Nie znasz jeszcze jej możliwości. Mama potrafi dać gorszy wycisk. Dziś to i tak był słaby pokaz jej umiejętności, więc albo była powściągliwa przy tobie, albo nie wiem co się jej stało...
- Może mój urok osobisty zrobił robotę? – przesunął śmiesznie dłonią po swoich włosach czym rozbawił blondynkę.
Doskonale wiedziała, że to nie ta kwestia miała wpływ na jej matkę.
- Prędzej uwierzę, że doznała porażenia piorunem niż, że zadziałał na nią twój urok. – przekornie zachichotała w kierunku szatyna.
Dość szybko poczuła jak chłopak nerwowo się napina. Może przesadziła z tym tekstem, ale... Taka była prawda. Gudrun nie szło zmienić. A na pewno nie byłoby to możliwe do wykonania przez faceta córki. O nie... Tak mógł działać na nią wyłącznie jeden mężczyzna, Franz.
- Wątpisz w niego? W końcu na jedną pannę Morgenstern zadziałał... – szatyn uniósł śmiesznie jedną brew i się cwanie uśmiechnął w jej kierunku.
Dziewczyna ponownie zachichotała słysząc jego słowa, ale w końcu co działało na jedną... Niekoniecznie musiało działać na drugą. A już zupełnie odrębną kwestią był fakt, że Gudrun była niejako kobietą innego gatunku. Nie z nią były tego typu numery.
- Może gdybyś... Urodził się jakieś 30 lat wcześniej twój urok miał by szanse, a tak sorry... Nawet w pieluchach jeszcze nie siedziałeś, gorzej ci powiem... W planie długoletnim cię nie było i tak Franz zgarnął ci damę sprzed nosa. – Ana głośniej się zaśmiała z tematu jaki znaleźli do rozmowy.
Gregor zmienił na chwilę swoją pozycję ułożenia by przez chwilę zawisnąć ciałem nad ciałem Ane.
- I wiesz co... Nie żałuję, bo poznałem Ciebie... A nie Gudrun. – od razu mimowolnie oboje parsknęli śmiechem.
W końcu doskonale wiedzieli jaka potrafi być "czuła i nadopiekuńcza" mama Morgenstern. Szatyn musnął usta ukochanej, po czym zaległ na jednym boku by nadal wpatrywać się w ukochaną.
- Swoją drogą, nie wiem czy zwróciłaś uwagę, ale... Chyba nie będę musiał inwestować w okulary. – zaśmiał się, nawiązując przy tym do osoby Meixnera, o którym parka rozprawiała przed obiadem.
- O tak, chyba przedarłeś się przez najgorsze zasieki do serca Gudrun. – zachichotała Ana. – Ale nie wiesz jednego Gregor, ona bardzo nie lubi jak ktoś składa obietnice bez pokrycia.
- A padły takowe? – spytał zaintrygowany jej wypowiedzią.
- Czas na wizytę w Spittal... Wiesz, że to prawie niewykonalne będzie... – westchnęła dziewczyna.
Chociaż ciągnęło ją w rodzinne strony świadomość napiętego grafiku nie dawała zbytnio możliwości zjawienia się w rejonie Karyntii. Dość szybko zaczęła wypunktowywać szatynowi zobowiązania, które na nich czekały.
- Kochanie, ale prawie niewykonalne nie znaczy, że coś jest niemożliwe. Jeśli czegoś naprawdę się chce nie ma rzeczy nieosiągalnych. – odparł pewnie chłopak.
Blondynka słysząc jego wypowiedź zrobiła udawane kaszlnięcie i głośniej się zaśmiała.
- Uważaj, bo jeszcze uwierzę, że marzysz o wizycie u teściowej...
- Kochanie, jeszcze będę jej ulubionym zięciem, zobaczysz. – zaśmiał się puszczając jednocześnie oczko do Ane.
- Tak powiadasz? Moja mamę jak widać nie jest łatwo tak do siebie przekonać, więc kto wie, kto wie może optyk się jeszcze przyda. – odparła żartobliwie blondynka.
- Czyli kwestia lubienia faktycznie wynika z okularów? – uniósł lekko w niedowierzaniu brew. – To w końcu jak to było z Meixnerem? – spytał, szukając powodów, dla których Gudrun tak bardzo go lubiła.
Ana lekko westchnęła. Czyżby seryjnie miał się do kogoś na siłę upodabniać by zyskać aprobatę matki? Przecież... To nie było aż tak istotne. Najlepiej widziana była autentyczność. Zresztą to szatyna pokochała od pierwszego wejrzenia. Akceptowała jego zalety, ale i zdążyła przywyknąć do jego wad. Dziewczyna z automatu uniosła swoją głowę, by spojrzeć chłopakowi głęboko w oczy.
- Gregor... Powiesz mi, dlaczego chcesz znać odpowiedź na to pytanie? Skąd ta nagła ciekawość?
- W sumie nigdy o nim na dłuższa metę nie rozmawialiśmy. – odparł lekko.
- Załóżmy, że ci wierzę. – blondynka głośniej się zaśmiała czując wyraźniejsze napięcie mięśni szatyna.
Żeby jeszcze było o kogo być zazdrosnym... Ten temat Ana uważała za ważny w swoim życiu, ale już dawno zamknięty. Meixner był częścią jej przeszłości, a przyszłością... Miała nadzieję będzie Gregor.
- Meixner od dzieciaka bywał praktycznie codziennie w naszym domu. Stanowił trochę przeciwieństwo Thomasa. Nieco bardziej zrównoważony, spokojny... – Gregor przerzucił oczami czując, że historia niepotrzebnie się przedłuża, na co Ana widząc jego proszące o przyśpieszenie tęczówki zachichotała. – Gregor, sam chciałeś tego słuchać... – zaśmiała się głośniej słysząc teraz jego lekkie prychnięcie.
- Ale czy muszę słuchać tego jaki jest Meixe od dzieciaka? Wielce idealny pan. Też mi coś... Może jeszcze w pieluchy wrócimy? – spytał nieco podirytowanym tonem.
- No tego akurat ci nie powiem, bo jak możesz się domyślić... Meixe jest starszy od Thomasa, zatem ode mnie tym bardziej. Chociaż... Nie! Widziałam jego zdjęcia za dzieciaka! – klasnęła zadowolona, śmiejąc się jednocześnie głośniej na widok naburmuszonego spojrzenia partnera. – No już dobrze, dobrze niech ci będzie, że bijemy do brzegu. Wracamy do tego co cię bardziej interesuje. Parą staliśmy się, gdy miałam 16 lat. W sumie to takie pierwsze poważniejsze moje zakochanie. Przyjaciel mojego brata, w którego zaczęłam nagle być wpatrzona jak w obrazek... Lekko i łatwo poleciało... – widząc zaciskającego ciut mocniej dłonie na pościeli szatyna Ana ponownie parsknęła śmiechem.
Lubiła tą jego zazdrość, bowiem znaczyło to, że mu naprawdę na niej zależy. Ale czy nie przesadzał? Ten rok... Niby tak niewiele czasu, a już tak wiele przeszli. Nie miał przecież żadnych powodów ze strony blondyna by myśleć, że stanowi on jakiekolwiek dla niego zagrożenie.
- Greg... Sam mnie o to spytałeś. Każde z nas ma jakąś przeszłość... Czekaj, czekaj, jak to leciało, Lisa? Tak nazywała się twoja eks? Ja przez blisko dwa lata miałam Meixnera...
- To już spory kawał czasu. Dłużej niż my obecnie jesteśmy razem. Dlaczego wam nie wyszło? Nabroił? – spytał, szukając jakiegoś uchybienia szatyn.
- Cóż... Nie zdradził mnie, jeśli o to pytasz. Ba to facet, z którym konie można było i pewnie nadal można kraść. – szczerze się uśmiechnęła na myśl o tym jaką osobą był Jürgen.
Prawdziwie oddany, lojalny i ciepły facet. Widząc wciąż pytające spojrzenie szatyna postanowiła wyłożyć w końcu kawę na ławę.
- Kiedy zaproszono mnie do kadry, a moja kariera zaczęła się nieco bardziej rozpędzać, nasze drogi... Nieco się rozjechały. Wiesz jak jest... Zgrupowania, wyjazdy, większe medialne zainteresowanie. Meixner chciał pozostać anonimowy... Nie chciałam do niczego go zmuszać, a wyjazdy nie sprzyjały relacji zatem uznaliśmy, że tak będzie lepiej dla nas obojga.
- I dlatego się rozstaliście? – zrobił zaskoczoną minę Gregor.
- Cóż... Porozmawialiśmy otwarcie o naszej relacji i... Doszliśmy do wniosku, że lepiej zostać przyjaciółmi niż być nieszczęśliwym partnerem w związku. Każdemu z nas zależy najbardziej na bliskości drugiej osoby, a to jak wiesz nie byłoby wykonalne. Mielibyśmy zbyt mało czasu dla siebie i możliwości na takowe widzenia.
- Czyli ani się nie zdradziliście, ani nie pokłóciliście.... Wciąż jesteście przyjaciółmi? – otworzył szeroko oczy Gregor.
- Gregor... Czy to jakieś przesłuchanie? Jestem już zmęczona... – wypuściła mocniej powietrze, zastanawiając się, dokąd tak naprawdę prowadzi jej rozmowa z Gregorem.
Okej szczerość szczerością, ale... nie przesadzajmy. Czy jej relacja z Meixem była aż tak istotna, kiedy obecnie w jej sercu miał miejsce wyłącznie on?
- Odpowiesz na pytanie? – spytał, na co Ana dość szybko podniosła się do pozycji siedzącej i spojrzała krzywo na Gregora.
- Niezmiennie się przyjaźnimy, przeszkadza ci to? – przerzuciła oczami, czując, że nie do końca to zrozumie.
Momentalnie poczuła, jak szatyn łapie ją nieco mocniej za dłoń, by wciąż pozostała przy nim.
- Jak nic wystąpię o zakaz zbliżania się... – szeroko uśmiechnął się co z kolei obruszyło blondynkę.
- Jeszcze czego. – warknęła lekko sfrustrowana jego tokiem myślenia.
Jeszcze może będzie jej mówić z kim ma się przyjaźnić, a z kim nie.
- Lisie już też takowy wystawiłeś? – spytała odbijając piłeczkę.
- Przecież wiesz, że to była... Te drzwi już dawno zamknięte. – chwycił jej dłoń, po czym złożył na niej czuły pocałunek.
Ana pokiwała przecząco głową. Przecież Meixe tak samo był jej eks. Teraz tworzył związek z Meredith i wydawał się być w nim szczęśliwym. Czy Gregor mógł mieć powód do zmartwienia? Skąd... Jürgen tak czy inaczej będzie zawsze dla niej wiele znaczył. Przyjaciel to jednak przyjaciel, natomiast ukochany, to najbliższy sercu towarzysz.
- Meixner też jest tym byłym... A jak masz ochotę komuś obijać mordkę to nie jemu, a Tobiasowi. – odruchowo skrzywiła się na myśl o chłopaku, przez którego mało co nie dałaby szansy Gregorowi.
- To przez niego... – zaczął szatyn, jednak Ana dość szybko położyła palec na jego ustach.
- Nie wracajmy do tego, nie chcę już o tym rozmawiać. Chodźmy w końcu spać... – spojrzała błagalnie Ana.
Ile w końcu można konwersować o byłych, kiedy mieli siebie? Gregor wypuścił mocniej powietrze wciągając w końcu w ramiona swoją blondynkę.
- Ale z tym zakazem... – zaczął na nowo co skończyło się uderzeniem jego poduszką przez skoczkinie.
Dziewczyna zaczęła się śmiać mając nadzieję, że w końcu raz na dobre zamkną ten temat. Miała słuszną rację bowiem w mig nad jej ciałem zawisł Gregor próbując odebrać należną za zniewagę formę przeprosin.
- Nie moja wina... Że jestem o ciebie zazdrosny jak diabli... – zrobił skruszoną minę, czym rozbroił dokumentnie Ane.
- Zdążyłam już się o tym niejednokrotnie przekonać... To słodkie, nie masz jednak o co. Jestem wdzięczna, że mam cię u swego boku. Nie myśląc o rozstaniach wyjazdowych i innych... Jesteś tym kogo... zawsze szukałam. – zamrugała kokieteryjnie rzęsami czując po chwili jak jej usta łączą się z ustami szatyna.
***
W windzie między Madlen a Thomasem nastała dziwna cisza… Szczególnie, że od wyjścia z restauracji żadne nie zainicjowało trzymania się za ręce. Morgi czuł się z tym… niesamowicie źle, ale nie miał zamiaru naciskać Leny do kontaktu fizycznego. Wiedział bowiem jak ciężkie było dla niej objęcie rozumem tego co wydarzyło się między nimi. Sam niechętnie do tego wracał, ale wiedział, że blondynka zasługuje na prawdę… nieważne jak parszywa ona była.
- Nie jestem zła… – wypaliła w pewnym momencie dziewczyna. – Przestań się biczować…
- Och Madlen… – westchnął chłopak. – Nie zdajesz sobie sprawy jak podle się czuję… Te wszystkie paskudne słowa… Naprawdę nie wiem, jak mogłem je do ciebie wyartykułować. Jak to o mnie świadczy? Jestem zwykłym gnojkiem… Powinnaś kolejny raz dać mi w pysk.
- Thomas… – zaczęła Lena, ale przerwał jej charakterystyczny dźwięk zwiastujący, że znaleźli się na swoim piętrze.
Chłopak więc chwycił bagaże puszczając Madlen przodem, która dzierżyła w rękach kartę od ich pokoju. Gdy się przy nim znaleźli, dziewczyna nagle zatrzymała się, tarasując tym samym drogę Morgiemu. Blondyn dziwnie na nią popatrzył, po czym… spuścił zrezygnowany wzrok. No tak… Nie dziwił się, że nie życzy sobie jego osoby po tym co przed chwilą usłyszała.
- Thomas… – zaczęła ponownie. – Chcę byśmy po przekroczeniu tego pokoju, przeszłość zostawili za sobą. Co się stało to się nie odstanie. Nie ma jednak sensu tego rozpamiętywać. – powiedziała, na co Morgi ciężko wypuścił powietrze z płuc, kiwnął jednak głową na znak zgody, po czym weszli do środka.
Pomieszczenie nie było duże, ale przytulne. Sporej wielkości łóżko zajmowało prawie połowę jego powierzchni. Parka porzuciła swoje rzeczy od razu zalegając na meblu. Oboje ulokowali swe spojrzenia na suficie leżąc płasko na plecach. Ramię w ramię… ręka w rękę. Dzisiejszy dzień był naprawdę wymagający, a ta szczera rozmowa… bardzo potrzebna w ich zagmatwanym związku. Od teraz mogli zacząć od nowa… Z czystymi kartami. Pomimo tego czy Madlen kiedykolwiek miała sobie przypomnieć ich poprzednią relację. Thomasa nagle ścisnęło w mostku. On… niczego nie był pewien. A przede wszystkim uczuć blondynki. Jak miał dalej z tym funkcjonować? Czy mógł ją po prostu o to zapytać? A może jednak powinien poczekać aż sama będzie gotowa na wyznania? Tylko… czy taki czas kiedykolwiek nadejdzie? Nagle z zadumy wyciągnął go dotyk dłoni dziewczyny. Madlen podobnie jak kilka dni temu, dotknęła nieśmiało wnętrza jego ręki. Thomas więc uśmiechnął się pod nosem, po czym złączył jej palce w swoim silnym uścisku.
- Czekasz aż znowu się na ciebie rzucę? – usłyszał po chwili.
- Być może… – odrzekł nie mogąc powstrzymać uśmiechu, który wpełzł mu na twarz.
- Niedoczekanie… – zachichotała blondynka, pisnęła jednak, kiedy Morgi jednym mocnym ruchem wciągnął ją na siebie.
W efekcie, Madlen usiadła na nim okrakiem, układając swe dłonie płasko na jego torsie.
- Thomas… seks z tobą był naprawdę bardzo przyjemny, ale… chciałabym byśmy nasz kolejny raz przeżyli… w naszym domu… w naszym łóżku. – powiedziała spoglądając mu niepewnie w oczy, czując jak na jej policzki wkradają się niechciane rumieńce. – Sądzisz, że… dasz radę wytrzymać? – zapytała przegryzając wargę.
Morgi chwycił jej twarz w dłonie, by następnie kciukiem przejechać po jej dolnej, przegryzionej wardze, po czym uśmiechnął się zawadiacko.
- Czekałem na ciebie tyle… te kilka dni nie zrobią różnicy. – puścił jej oczko, czym wywołał chichot u Leny.
- Mówiłam gdzie… ale nie mówiłam… kiedy. – zachichotała.
- Zaczekam aż znowu mnie o to poprosisz… – powiedział niby z miną niewiniątka, po jego twarzy błądził jednak cwaniacki uśmieszek.
- Skąd pewność, że to zrobię? – zapytała czując, że ta zabawa zaczęła jej się podobać.
Niedomówienia… podteksty… dziwne uśmieszki. Wiedziała, dokąd to prowadzi, ale… działało to w obie strony. Thomas nagle uniósł się do siadu. Spojrzał jej tak głęboko w oczy, aż poczuła ciarki na plecach, po czym jego wzrok przesunął się w kierunku krótko zgolonych włosów na jej głowie, gdzie znajdowała się blizna po wypadku. Delikatnie, opuszkami palców dotknął tamtego miejsca. Madlen przymknęła oczy… Było w tym coś tak… intymnego, że na moment zapomniała, gdzie są… Jego dotyk był ostrożny, niemal czujny, jakby nie był pewny czy jest godzien by tam ją dotykać. Otworzyła oczy i uniosła na niego spojrzenie. W półmroku dostrzegła w jego twarzy coś nowego – napięcie, które zdradzało więcej, niż słowa kiedykolwiek mogłyby powiedzieć. Nie cofnęła się. Przeciwnie — pozwoliła, by jego dłoń pozostała tam jeszcze przez ułamek sekundy dłużej. Czas zdawał się zwalniać, a między nimi zawisło niewypowiedziane pytanie, na które Madlen nie była jeszcze gotowa odpowiedzieć.
- To co się działo w tym LA? – szepnęła próbując przerwać napięcie panujące między nimi.
Thomas zamrugał jakby lekko zamroczony, po czym uśmiechnął się pod nosem. Jednym zwinnym ruchem chwycił ją za biodra i posadził na miękkiej pościeli obok siebie. Następnie wstał i szybkim krokiem ruszył do łazienki. Po chwili Lena usłyszała szum wody z prysznica. Zaśmiała się lekko przegryzając wargę, by następnie opaść na poduszki i z wypiekami na ustach oraz błyszczącym wzrokiem spojrzeć w biały sufit, w który jeszcze chwilę temu spoglądali niepewnie oboje.

~~~

Hej hej!

Mimo środka zimy... Tutaj dość ciepła atmosferka na blogu panuje. Jak niepodniesione ciśnienie przez Gudrun, to... Morgenowe słodkie wzloty ku niebiosom. Nuta pieprzu i zazdrości u Greany, takie życie właśnie mamy... Chyba zaczęłam rymować ;D ale fakt faktem dużo się zadziało... Oddajemy w Wasze rączki dość długi rozdział. Mamy nadzieję, że każdy znalazł coś miłego dla siebie – tak wiem, wiem zdecydowanie zabrakło Gregora i pokazania drzwi mamusi, ale... Może kiedyś? :D Czy życie blondwłosej parki po wizycie w Innsbrucku już na zawsze ulegnie zmianie na lepsze? Czy jesteśmy świadkami ostatecznego dowodu na to, że miłość zawsze znajdzie swoją drogę? I co dalej u Greany? Gołąbki ćwierkają, że niebawem sporo ciekawych rzeczy się zadzieję w życiu każdej parki. Co? Jak? Kiedy? Odpowiedzi wkrótce... Na ten moment zostawiamy nutkę niepewności i prośbę o wytrwałe czekanie na nexta!

Buziaczki
Ania&Madziusa