Tak jak ustalili, Thomas postanowił ruszyć do pokoju siostry w czwartkowy poranek. Wiedział już od Leny, że dziewczyna niezbyt chętnie współpracuje z młodszą w kwestii posiłków czy też jakiejkolwiek rozmowy, nie mówiąc już o łaskawym opuszczeniu pokoju. Póki co to była walka z wiatrakami... Zastanawiał się tylko jak ma do niej dotrzeć... Był jej bratem, więc może siła uczuć ją przekona, ale... Czy na serio można tak się zabarykadować w swoim wnętrzu i nikogo nie dopuszczać? Naprawdę się o nią martwił... Jak można jednego dnia cieszyć się życiem, by kolejnego nagle... Być wrakiem człowieka? Czy jedno wydarzenie w życiu może odmienić człowieka aż tak? Czy ona bezpowrotnie będzie już inną osobą? Postanowił zacząć działać zanim będzie za późno. Odkopać to co na ten moment zostało gdzieś pogrzebane. Wyszukać światełka w tunelu... By Ana na nowo pokochała życie. By wzięła się w garść i wróciła do tego co do tej pory dawało jej radość i satysfakcję. Pytanie tylko czy da radę trafić jej do serca... Zwykle potrafił z nią rozmawiać, ona natomiast chętnie go słuchała, był dla niej nie tylko bratem, ale przyjacielem i powiernikiem. Pytanie czy tym razem zechce go chociaż wysłuchać... Wziąć pod uwagę jego punkt widzenia... zdystansowane do sprawy podejście. Stanął przed wejściem i wziął głęboki oddech próbując się odpowiednio nastawić na trudną rozmowę. Wszedł cicho do pokoju młodszej siostry. Sytuacja dosłownie wyglądała jak poprzedniego dnia – nic się nie zmieniło. Łóżko pomięte, ciemność i dziewczyna w bezruchu... Totalna deprecha... Cicho westchnął, ale usiadł na rancie łóżka delikatnie kładąc rękę na barku siostry. Dziewczyna wzdrygnęła, po czym zszokowana odwiedzinami brata podniosła się do pozycji siedzącej.
- Thomas, co ty tutaj robisz? Jak? – spytała nie wierząc w to co widzi, przecież jej brat miał być na letnich konkursach.
- Czy to ważne? Już jestem koło ciebie siostrzyczko. – rozłożył ręce by mogła się do niego przytulić, na co dziewczyna odruchowo wylądowała w jego ramionach.
- Jego już nie ma... – uniosła oczy ku twarzy brata czekając na jakąkolwiek reakcję, na co Morgi pogładził ją po plecach.
- Wszystko wiem Ana... – dziewczyna zaczęła ronić łzy jakby czuła potrzebę ponownego wypłakania.
Thomas dzielnie to znosił, jednak chwilę później podniósł ponownie jej twarz tak by ich spojrzenia mogły się spotkać. On też czuł jej ból, też było to wymalowane na jego twarzy, ale czy z tego powodu można się zabijać? Jego siostra wyglądała jak siedem nieszczęść. Włosy dość nieogarnięte, wyraz twarzy wyrażający jedną emocje, a oczy... Czerwone od płaczu i zmęczenia. Zupełnie nie przypominała osoby, którą znał. Była w kiepskiej formie zupełnie tak jak opowiadała mu Madlen.
- Ana... Przykro mi z powodu waszej straty... Ale nie możesz spędzić reszty życia w tym pokoju... Ono nadal trwa...
- Trwa? Chrzanić takie życie... To trudniejsze niż się wydaje… - wzruszyła ramionami blondynka czując, że straciła sens i wiarę w jakiekolwiek działanie.
- Co jest trudniejsze? Życie? Ana... Stało się i niestety nieodstanie... Nie jesteśmy dyspozytorem czasu by go cofnąć i coś zmienić... Wszyscy pragniemy twojego szczęścia. Madlen jest twoją przyjaciółką... Dwoi się i troi by ci ulżyć w bólu, ale... To jest dopiero sztuka. Ja jestem twoim bratem i co widzę? Gdzie się podziała moja siostra? Pełna życia, uśmiechnięta, szalona jak zawsze... Gdzie jest jej duch walki i charyzma? Podobno jedno się nie zmieniło, dalej bywasz charakterna... Ale ja mam na to swoje sposoby. – uniósł wyżej powiekę Thomas.
- Morgi, nie jestem w nastroju do żartów...
- Mogę się tylko domyślić co czujesz... A możesz mi powiedzieć co zrobiłaś z Gregorem? Dlaczego tak go odtrąciłaś? Gdzie on w tym wszystkim? Ana... Nie możesz odrzucać ludzi, którzy cię kochają... Którym na tobie naprawdę zależy... On też cierpi, jego też to boli, mimo że tego nie uzewnętrznia... Może nie chciał przybijać cię swoim bólem, a ty to źle odebrałaś... W końcu to było też... – Ana schowała ponownie szybko głowę w poduszkę, nie mogła tego słuchać, a doskonale wiedziała co chciał powiedzieć Morgi.
Czuła, że zawalała na każdej linii, ale to co się wydarzyło w jej mniemaniu było jej winą... Nie umiała tego wyrazić... To co miało miejsce było jej osobistą porażką... A słowa Thomasa choć ciężkie do przełknięcia były prawdą... Bolesną, ale wciąż prawdą. Bała się zderzyć z otaczającą ją nową rzeczywistością. Bała się... Spojrzeć szatynowi w oczy po tym jak straciła ich dziecko... Wciąż bowiem miała przed oczami ten błysk... Jego błysk na myśl, że zostanie ojcem... Ich nadzieję na wspólną przyszłość wypełnioną śmiechem ich malucha... Tymczasem teraz nie było ani ich dziecka, ani tym bardziej ich jako pary... Odrzuciła go uznając, iż tak będzie lepiej...
- Błagam skończ! – krzyknęła z frustracją odsuwając się od poduszki, spoglądając ponownie strapionymi oczami na Thomasa.
Nie miała najmniejszej siły na mocowanie się z tym tematem. Tymczasem blondyn nie odpuszczał stanowczo wyrażając swoje zdanie w kwestii poronienia.
- Kochana, nie wróciłem tu po nic... Martwię się o Ciebie, mnie też zabolało to co się stało... Ana, wciąż jesteś moją młodszą kochaną siostrzyczką, ale musimy ruszyć te twoje piękne cztery litery z pokoju. Wydaje mi się, że on już ma dość płaczu, smętów... Tęskni mu się do żywiołowej blondynki, która tu urzędowała od początku zakupu tego mieszkanka. – uśmiechnął się szczerze brat. – Na początek śniadanie, słyszałem od Leny, że zaczynasz niedojadać, a to mi zupełnie do ciebie nie pasuje. Przecież lubisz dobre jedzenie. Nie będę jednak tak szczodry jak moja miła, zjemy w jadalni... Serwis nie podaje dziś do łóżka... Potem spacer, podobno obiecałaś, więc słowa dotrzymasz.
Dziewczyna skrzywiła się na samą myśl o wychodzeniu z pokoju, a co dopiero z domu. Wcale nie miała na to najmniejszej ochoty. Blondyn ponownie się uśmiechnął, wcześniej przewidując taką sytuację.
- Ana... Jesteś dużą dziewczyną, szkołę skończyłaś, a zachowujesz się jak... Dobra nie będę obrażać biednych dzieci. – zaśmiał się głośniej Thomas. – Ale jeśli nie pozostawisz mi wyboru, osobiście zawiozę cię do Gudrun i jak na spowiedzi... Mama się wszystkiego dowie. Jak ja cię nie postawie na nogi to ona to zrobi... Gwarantuję, to nie będzie pewnie przyjemne… To będzie dość gwałtowna terapia wstrząsowa. Sama o tym wiesz prawda? – blondynka przerzuciła oczami.
Wiedziała, że brat byłby do tego zdolny, a ona nie miała najmniejszej ochoty użerać się z docinkami matki. Już i tak wystarczająco spaprała swoje życie...
- I do jasnej cholery... Czy mogłabyś się nieco doprowadzić do żywych? Siostra, ludzi będziesz straszyć... Chodź, pomogę ci się nieco ogarnąć. – powiedział i wyciągnął ku niej rękę próbując ją spionizować.
- Thomas, nie jestem niepełnosprawna... Umiem trafić do łazienki. – fuknęła na brata, wstając i robiąc pierwsze kroki w kierunku toalety.
- Umiesz? To nowość! Brawo dla Ciebie, myślę, że gadżety do make upu stęskniły się za właścicielką. Kwestia godziny by siedem nieszczęść się ogarnęło? Jak nie, to wparowuję do pokoju i osobiście cię wyciągnę za fraki. Dosyć użalania się, bierzemy się małymi krokami w garść, w imię miłości Ana... Kocham Cię mała...
- Thomas... Starszy brat podobno wie zawsze lepiej... Dlaczego? Dlaczego ja nie mogłam zostać za te siedem miesięcy mamą? Co zrobiłam źle? Czy naprawdę to musi być takie ciężkie? Dlaczego ono nie mogło przeżyć? – chwyciła mocniej parapet czując jak ciężko jej w bieżącym momencie utrzymać równowagę.
- Nie umiem udzielić odpowiedzi na żadne z tych pytań Ana... Ale wiem jedno, bez wątpienia wszystko przed wami. Stworzycie piękną rodzinkę wraz z Gregorem i być może... Narodzi się kolejne pokolenie skoczków. – uśmiechnął się Thomas.
Chłopak zostawił dziewczynę samą w pokoju. Miał tylko nadzieję, że jego rozmowa przyniesie pożądany efekt. Zaległ w salonie, gdzie jego oczy bacznie obserwowały ukochaną szykującą śniadanie.
- Jak sytuacja dziś wygląda? – spytała Lena cmokając Morgiego w policzek.
- Sama się przekonasz. Ana zejdzie na śniadanie, później uderzamy na miasto.
- Skąd pewność, że zejdzie? Thomas... Ana bywa niereformowalna...
- Skarbie... Znam Ane znacznie dłużej niż ty... Jestem pewien, że nie zaryzykuje pozostania w pokoju, bo wie czym to grozi. A poza tym... Chyba nie wątpisz w talent swojego Morgenka? – uniósł brew, by po chwili przyciągnąć dziewczynę na swoje kolana, na co ona tylko głośniej się zaśmiała, czekając na przyjście przyjaciółki.
- Myślisz, że jej przejdzie? – spytała Lena.
- Przejdzie... Kiedyś na pewno... Obecnie ten psychiczny ból jest zbyt silny, więc potrzeba nieco więcej czasu, ale nie chcę też się z nią szczypać... Musimy ją nieco ruszyć... – powiedział Thomas popijając przygotowaną wcześniej przez Madlen kawę.
- Masz jakiś pomysł? – spytała, widząc jednak jego pytające spojrzenie dodała. – Jak wyciągnąć Ane z tego dziwnego stanu...
- Chcę by z nami pojechała na Alpenarene, ona musi zacząć skakać... Musi złapać wiatr w żagle i wyjść z tego pokoju... Może to pomoże odrzucić negatywne emocje. Jeśli nie to konieczna będzie pomoc psychologa. – westchnął bezradnie na myśl o takim działaniu.
- Ty to jednak masz głowę. – uśmiechnęła się Lena czule drapiąc partnera po karku.
Morgi jednak miał inne zamiary wobec dziewczyny, jeśli ma być to forma nagrody, on... woli inne wynagrodzenie. Przegryzł wargę Leny i zaczął ustami szukać wspólnej więzi z jej wargami. Dziewczyna odwzajemniała bliskość by po chwili... Dostrzec sylwetkę przyjaciółki. Lekko odrywając się od blondyna spojrzała na schody, gdzie niemrawo schodziła Ana. Uśmiechnęła się do Thomasa w duchu dziękując za jego środki perswazji. Młodsza radośnie podskoczyła do kuchni przygotować ulubioną kawę przyjaciółki i podać co przygotowała na śniadanie. Ana lekko się skrzywiła jednak po wzrokowym zgromieniu brata... Zabrała się za powolną konsumpcję, która nie do końca jej wychodziła. Madlen się starała... Ale Ana czuła się tak jakby jedzenie miało utkwić jej w gardle.
- Miło ze zeszłaś... – uśmiechnęła się Lena, na co starsza blondynka wysiliła się na odwzajemnienie przyjacielskiego spojrzenia, ale nie chciała zbytnio nawiązywać dyskusji.
Brat widząc całą sytuację pokręcił przecząco głową. Tak być nie mogło. Ana musi zacząć żyć i funkcjonować czy jej się to spodoba czy nie... Trzeba się dostosować do zasad panujących w tym mieszkaniu.
- Ana... Nie młóć jak owca pokarm, zajadaj, zajadaj. – powiedział z uśmiechem, na co dziewczyna się skrzywiła po zjedzeniu paru kęsów i zapiciu kawą, po czym zaczęła się stopniowo wycofywać z miejsca, w którym zjedli śniadanie. – Gdzie się wybierasz moja panno? Zaraz wychodzimy z domu i nawet nie próbuj odmawiać czy też wracać do pokoju... – powiedział stanowczo Thomas.
Lena zachichotała widząc przerzucającą oczami drugą blondynkę, ale co jak co, brat miał na nią zbawienny wpływ.
- Madlen, skoczysz do pokoju Ane? Myślę, że trzeba by było przewietrzyć jej jaskinię, zabierz jej bluzę i śmigamy. – zaproponował Thomas, po czym ujrzał nietęgą minę siostry. – Ana, mam dość humorków. Myślę, że już po prawie tygodniu powinnaś dać ochłonąć swojej głowie... Ja wiem, że cię to boli, wiem, że nie jest łatwo, ale musisz ruszyć do przodu... I my ci w tym dzisiaj pomożemy. – powiedział stanowczo Thomas.
- Ty nic nie rozumiesz... Jak mam ruszyć, jeśli sama... Skrzywdziłam swoje dziecko? Dałbyś radę gdybyś sam do tego doprowadził? – warknęła próbując przedstawić swój punkt widzenia.
Morgi przerzucił oczami, więc to co mówiła Madlen apropo jej nadwrażliwości na punkcie straconego dziecka było prawdą... Ale czy powinna zgrywać aż taką cierpiętnicę? O nie... Basta! Skoro jego już nie ma, czas skupić się na nowych wyzwaniach... Czas wrócić do swoich zadań. Zbliżał się nowy sezon, a Ana... Cóż... Była daleko w tyle z treningiem. Najpierw był posezonowy odpoczynek, matury, potem nieszczęsny urlop, przerwa ciążowa... a gdzie miejsce na skoki? Ostatnio bardzo się opuściła, zatem Thomas postanowił zacząć działać w materii, która była dla niej wszystkim zanim to wszystko się zadziało. Czas wrócić i to pełną parą... Zdecydowanie! Czas zacząć żyć teraźniejszością, nie przeszłościom czy jej się to podobało czy nie.
- Ana… - objął ją mocniej blondyn. – Zrozum wreszcie... To nie była twoja wina... Po prostu nie ten czas... – lekko nią potrzasnął spoglądając w jej zaszklone tęczówki. – Przestań płakać... Idziemy, musisz nabrać dystansu do pewnych spraw. – uśmiechnął się pewnie Thomas, po czym ujął dłoń Leny by następnie zaprowadzić obie dziewczyny na parking.
- Po co samochód? Nie mam ochoty ani nastroju na wycieczki. – wzdrygnęła buntując się Ana.
- Ana... Ja nie pytałem czy chcesz... Ja prowadzę, ja ustalam kierunek. – uniósł nieco głos, by zaakcentować swoje przywództwo dzisiaj.
Dziewczyna zaległa na tylnej kanapie, po czym zwróciła uwagę na stojącą tam torbę. Spojrzała z przerażeniem znając jej zawartość. Blondyn odpalił samochód, pewnie ruszając z miejsca parkingowego.
- Thomas, ja nie chcę tam jechać... – zmarszczyła czoło Ana.
Doskonale wiedziała dokąd będzie prowadzić ta trasa... Droga na Alpenarene, miejsce, które było dla niej szczególne pod wieloma względami... Jednak nie w tym momencie, nie w tym stanie... Lena w milczeniu oglądała potyczkę rodzeństwa. Musiała przyznać, że imponowało jej to jak Morgi, mimo upartości młodszej siostry potrafi dotrzeć do niej z argumentami.
- Ana, chcesz, chcesz. Grzecznie się przebierzemy, a potem powspominamy stare lata. Stęskniłem się za treningiem z młodszą siostrą...
- Uważaj, bo uwierzę… - prychnęła Ana, na co Thomas wraz z Len się zaśmiali. – Masz ochotę na trening to skacz... Ale beze mnie. – wzruszyła ramionami próbując mu to wyperswadować.
- Mam zmienić kierunek na inny? Wiesz dokąd będzie on prowadzić? – uniósł brew dając dziewczynie jasno do zrozumienia, iż odmowy nie przyjmuje.
Wiedzieli, że uparta blondynka ruszy w końcu by zrobić to o co ją poprosi brat. Pytanie tylko czy się zaangażuje i czy ruszy z kopyta. Nie minęło 5 minut, a stali już pod Alpenareną. Morgi zagaił odpowiednich ludzi, po czym pewnym krokiem poprowadził siostrę ku domkom gdzie mieli się przygotować do działania. Dziewczyna spojrzała z niepewną miną na swój kombinezon i stojące tam narty. Ostatni raz sprzęt do skoków miała na sobie blisko miesiąc temu na Pucharze Kontynentalnym... Na tej skoczni... Czuła się dziwnie rozdarta. W tym momencie zaczęło do niej docierać, że skakała tu już będąc w ciąży... Ponownie zakuło ją serce na samą myśl. Wtedy niczego nie świadoma, ale z zupełnie innym nastawieniem jak dziś. Po przygotowaniu spojrzała z grymasem bólu na brata. Wcale nie czuła chęci by tu być... Thomas praktycznie za rękę zaprowadził siostrę na wyciąg, gdzie sam również zaległ.
- Pamiętasz swój pierwszy raz tutaj? Razem z tatą cię zabraliśmy... Czuliśmy potencjał, choć mama nie chciała cię puścić. – uśmiechnął się Thomas uruchamiając wspomnienia blondynki, dzięki czemu mimowolnie odwzajemniła gest wobec brata.
- To było dekadę temu... Wtedy tutaj, na mniejszych obiektach oddałam swoje pierwsze skoki... – lekko westchnęła na myśl o tym błogim okresie, czasie kiedy wszystko wydawało się zdecydowanie prostsze. – Potem dość szybko przyszedł czas na skoki na tej 90-metrowej... To był przełom, zaczęło się prawdziwe zawodnicze życie i bardziej profesjonalne traktowanie. – przerzuciła oczami na myśl o obecnym czasie.
- Masz duży talent siostro... To nie zdarza się często... Po porażce potrafiłaś się podnieść. Z dumą i radością oglądamy z tatą jak kontynuujesz rodzinne tradycje... Jak zdobywasz kolejne tytuły... Jaki masz hart ducha Ana. Co by nie mówić, również i mi zdarzały się w życiu wpadki, ale sztuką jest wyciągnąć wnioski... Do tej pory byłaś w tym mistrzem... Odradzałaś się niczym feniks z popiołów. Ana, tu jest twoje miejsce. – chłopak pokazał jej belkę. – Odszukaj we wspomnieniach głos publiczności... Pamiętasz pierwsze starty? Cofnij się do minionego sezonu. Austria, pełne trybuny... Widzisz ten obraz? – zaczął bardziej wciągać ją w temat Thomas.
Widząc zadumaną mimikę siostry, czuł, że doszedł do jej psychiki. Trzymając ją za rękę poprosił by usiadła na belkę. Poczuł jak jej dłoń znowu drży.
- Poczuj siłę... Zaufaj sobie na nowo... Poczuj się wolna jak ptak i leć kochana siostrzyczko. – używając tych samych słów co prawie dekadę wcześniej zmotywował ją do działania.
Dziewczyna odepchnęła się od belki słysząc w wyobraźni głos tłumów na skoczni. Wybijając się z progu dostrzegła jednak uśmiechniętą twarz szatyna, który skradł jej serce przed startem sezonu. Oczy ponownie zaczęły palić... Poczuła kolejne łzy. Narty przy lądowaniu skantowały, że trudno było utrzymać równowagę. Prawie się wywaliła... Kucnęła, chowając oczy w dłonie. Jeszcze nigdy nie było tak fatalnie. Poczuła niemoc... Pustkę... Dziwną bezradność... Coś co chwilę temu sprawiało radość... Nagle przestało... Odpięła zapięcie i poczuła dłoń Madlen na swoich barkach. Szybko odpięła narty, podniosła je by po chwili ponownie zdecydowanie trzepnąć nimi o glebę. Na nowo zaczęła płakać. Widząc pytające spojrzenie Madlen, szybko ją minęła i zaczęła pędzić ku domowi skoczków. Chciała uciec... Nie wiedziała gdzie, ale nie mogła tu zostać dłużej... W pośpiechu zaczęła się rozbierać, słysząc pukanie Leny i jej wejście ponownie zaczęła się rozklejać.
- Madlen, błagam, zostaw mnie samą... – rzekła pewniej Ana.
Chwilę później do domku zgodnie z przewidywaniem wszedł Thomas, którego szybko minęła, przebrana już w swój dres.
- Co jest mała? – spytał, jednak odpowiedzi nie uzyskał.
Dziewczyna wystrzeliła niczym z procy, szybko opuściła teren skoczni czując, że kotłujące nią emocje eksplodują… Lena bezradnie popatrzyła na Thomasa.
- Starałeś się. – próbowała go pocieszyć podchodząc bliżej i położyła rękę na jego ramieniu.
- Myślałem, że tam na górze już wsio zagrało... Wyglądało to obiecująco... Ana… ona widocznie nie chce pomocy. Chyba musi sama ze sobą dojść ładu i składu, a my? My możemy jej jedynie dopingować. Jeśli ona sama nie dojdzie do podobnych wniosków… może być z nią naprawdę źle.
- Przykro mi Kochanie, że twój plan nie do końca się powiódł. Ale Ana wyszła z domu. To dobrze… to naprawdę dobrze. – uśmiechnęła się pocieszająco.
- A co się tutaj dzieje? – usłyszeli nagle głos Heinza Kuttina, który niespodziewanie wszedł do domku skoczków. – Thomas? Co ty tutaj robisz? Nie powinieneś być teraz we Francji? Witaj Madlen.
- Cześć Heinz. – powiedział Morgi i podszedł do trenera łącząc swą dłoń w mocnym uścisku ręki mężczyzny, a Lena przesłała przyjazny uśmiech. – To długa historia…
- Rozumiem, że wyjazd w poniedziałek do Zakopanego aktualny w takim razie?
- Jak najbardziej. – odrzekł Thomas.
- To była Ana? To ona tak trzepnęła nartami o zeskok??
- No cóż… dziewczyna ma chwilowy zanik miłości do skoków, ale nie ma się czym przejmować. Wróci. Zawsze wraca. – odrzekła dyplomatycznie Madlen.
- Może zaproponujecie jej wyjazd razem z nami? Polska skocznia i polscy kibice zawsze dodają skrzydeł.
- A wiesz, że to nie głupi pomysł? – zaczął zastanawiać się blondyn. – Pogadam z nią o tym i damy ci znać, teraz pozwolisz, że oddalimy się z tego miejsca.
- Och szkoda, że idziecie, bo będę miał niedługo tutaj trening z dziećmi, no ale ja mus to mus. Nie zatrzymuję was zatem. – odrzekł trener i przepuścił parę w drzwiach.
Lena i Tom pożegnali miło Heinza, po czym trzymając się za ręce udali się spacerem w stronę mieszkania Kristie, chcąc sprawdzić czy u niej wszystko w porządku. Wszak dziewczyna była już w 33 tygodniu ciąży i rozwiązanie mogło przyjść w każdym momencie.
***
Ana odbiegła paręset metrów od skoczni. Osuwając się po drzewie, zaczęła ponownie pozwalać łzom na swobodne opadanie. Co ona najlepszego zrobiła? Dlaczego tak się dzieje? Thomas naprawdę się starał, a ona... Znowu dała plamę... Dlaczego wciąż przed oczami widzi uśmiechniętą twarz Gregora... Czy naprawdę pragnęła jego obecności w tym momencie? Czy to było nieme wołanie o pomoc? Dlaczego coś, za co jeszcze chwilę temu dałaby się pokroić... Przestało sprawiać jej radość? Czy ból był w stanie wszystko aż tak wytłumić? Czy naprawdę musiała być aż tak bezbronna w swoim ciele? Dlaczego tak się działo? Nie umiała odpowiedzieć na żadne z tych pytań... W głowie zaczęły migać jej obrazy szczęśliwych momentów ze skoczni... Jej pierwsze skoki, uśmiechnięty ojciec i młodziutki Thomas dumnie wypowiadający słowa „To moja siostra...”. Później jej frustracja, kiedy w walce o Puchar przegrała upadając... Myślała, że wtedy jej sportowy świat legnie w gruzach... Ale tak jak mówił Thomas, nie poddała się... Podniosła się i kolejny sezon był pasmem ciągłych sukcesów i radości... Udane treningi przed sezonem, współpraca z męską kadrą, która pozwoliła jej wznieść się na wyżyny umiejętności... Potem kilka podiów, udane mistrzostwa i zwieńczenie Kryształową Kulą sezonu... Wszystko dzięki rodzinie, przyjaciołom i jemu... Dlaczego więc teraz tak łatwo dawała za wygraną? Dlaczego nic nie było takie jak dawniej? Dlaczego w jej głowie... Był on? Człowiek, który ją napędzał na skoczni i w życiu prywatnym. Chciałaby na moment zapomnieć o nim, o dziecku, które ledwo poroniła... Nie umiała. Dlaczego? On umiał się pozbierać i wrócić… Zagłuszyć nieco wewnętrzny ból... Tymczasem ona miotała się jak dziecko we mgle wciąż pozwalając dominować niedawnej przeszłości w swojej głowie. Ponownie wróciła myślami do szatyna. Przecież nie był bezduszny... Był niezwykle uczuciowym i rodzinnym człowiekiem. Takiego go właśnie pokochała... Przed oczami ponownie zaczęły jawić się jej obrazy związane z ukochanym. Od momentu jak zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia. Ich pierwszy pocałunek na zgrupowaniu... jak rozwijało się ich uczucie... Ile iskier musiało buchnąć by się dotarli... By stworzyli w ogóle związek... Jak mimo różnych trudności byli w stanie odnaleźć swoje uczucie na nowo... Jak po aferze dopingowej jej życie uczuciowe nabrało zupełnie innych barw... Jak ich związek stał się naprawdę dojrzały... Eskapada we Francji gdzie na nowo poznała jego oblicze... Jej wyobraźnia ukazała każde jego spojrzenie, dotyk, wymawianie magicznych słów „kocham cię”... Czułość i delikatność, którą jej okazywał... Pokręciła przecząco głową. Czy umiała na nowo stanąć u jego boku i zawalczyć? Może zaczerpnąć od niego tej samej siły... Tak na dobrą sprawę, czuła, że wszystko traci... Na własne życzenie... Bolało ją jak bardzo go skrzywdziła jako kobieta, jako potencjalna matka jego dziecka... Ale nie czuła się gotowa na spotkania, rozmowy, a co dopiero okazywanie bliskości. Problem tkwił w jej emocjach. Wszystko było wciąż świeże. I choć zaczęła męczyć bliskich swoim nastawieniem... Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale nie umiała ruszyć... Gdzie był więc złoty środek? Może czas? Może warto zacząć coś innego? Może coś zmienić? Postanowiła cofnąć się w kierunku Alpenareny i spojrzeć ku górze... Okazało się, że w najlepsze trwał jakiś trening. Zaległa więc w miejscu dla kibiców wsłuchując się w śmiech młodych adeptów skoków.
***
Tymczasem spokojnie spacerującą w stronę mieszkania Kristie blondwłosą parę z rozmowy wyrwał dźwięk dzwoniącego telefonu Thomasa. Morgi wyciągnął komórkę i skrzywił się na widok osoby, która usilnie próbowała się z nim skontaktować.
- To Gregor… - westchnął bezradnie.
- To odbierz. – uśmiechnęła się zachęcająco Madlen.
- Ale co ja mam mu powiedzieć?
- Prawdę. – odrzekła Lena, na co Tom wziął głęboki oddech, po czym nacisnął zieloną słuchawkę.
- Halo Gregor.
- Thomas, jak dobrze cię słyszeć. Chyba wiesz w jakiej sprawie dzwonię?
- Ana?
- Co u niej? Czy udało ci się ją przekonać by wyszła z pokoju? Jestem bliski obłędu… bliski rzucenia wszystkiego i z powrotem pojechania do was… - ton głosu Schlieriego wskazywał na duże zaniepokojenie. – Rozmawiałem z Alexem… powiedział mi, że próbował wczoraj rozmawiać z Ane, ale ona… trzepnęła słuchawką. Już sam nie wiem co mam robić… - westchnął płaczliwie na koniec.
- Spokojnie Gregor. Wszystko jest w porządku. Ana wyszła dziś z pokoju, nawet pojechała z nami na skocznię i oddała jeden skok, ale…
- Tylko nie ale… - jęknął Gregor.
- Niestety narty przy lądowaniu skantowały, prawie się wywróciła. Rzuciła nimi o zeskok i tyle ją widzieliśmy…
- To gdzie ona teraz jest?
- Ehh… pewnie biega po Villach i próbuje zebrać swoje życie do kupy.
- Zostawiliście ją samą?! – pisnął.
- Gregor, a co mieliśmy innego zrobić? – zapytała Lena, która przysłuchiwała się rozmowie. – Biec za nią? Ona nie chce naszego wsparcia… ona chce i widocznie musi pobyć sama. Ana ostatnio dużo przeszła, ale jest dużą dziewczynką, więc wierzę, że znajdzie w sobie siłę by przez to przejść.
- Gregor… skup się na sobie. W przyszłym tygodniu jest LGP w Zakopanym, w którym z tego co wiem bierzesz udział. My wraz z Kuttinem planujemy polecieć tam w poniedziałek żeby trochę poćwiczyć na Wielkiej Krokwi. Kto wie, może i Ana z nami poleci.
- Myślisz, że jest to możliwe?
- Wszystko jest możliwe Gregor.
- Może uda mi się z nią tam spotkać… - szatyn zaczął głośno rozmyślać.
- Damy ci znać czy leci z nami czy nie.
- Dobra, to czekam na kontakt. Mam nadzieję, że wróci dziś grzecznie do domu.
- Wróci, bo gdzie ma iść? Do Gudrun? Już prędzej do ciebie by pojechała. – zaśmiał się Thomas.
- No nie wiem… nigdy jej w takim stanie nie widziałem… ten ból… ta rozpacz… i ta niechęć w stosunku do mnie.
- Nie bierz tego za bardzo do siebie Gregor. – zainterweniowała Lena. – Kobiety tak mają… skupiają całą swoją złość i frustrację na osobach, które najbardziej kochają.
- Obyś miała rację Lena… obyś miała. – westchnął Schlieri. – Dobrze kochani, już was nie męczę. Dawajcie znać co i jak… odmeldowuję się.
- Na razie Gregor. – odrzekli razem, po czym Thomas wcisnął czerwoną słuchawkę. – Mam nadzieję, że chłopak będzie miał w sobie na tyle cierpliwości i samozaparcia by jakoś przetrwać ten trudny czas.
- Myślę, że Ana wróci po rozum do głowy i pojmie, że tylko razem z Gregorem uda jej się wrócić do normalności.
- Wy kobiety to jednak dziwne jesteście… Odrzucacie osoby, które najbardziej was kochają.
- To obrona Thomas.
- Ja bym wolał żebyś ty nigdy takiej obrony nie stosowała. – powiedział odwracając się w jej stronę.
- A ja mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała stosować jakiejkolwiek obrony. – uniosła brew.
- Już moja w tym głowa żeby tak właśnie było. – uśmiechnął się, ucałował jej czoło, po czym objął ramieniem i poprowadził dalej w stronę mieszkania Kristiny.
***
Ana mimowolnie się uśmiechnęła... Na nowo włączyła retrospekcję ze swojego pierwszego skoku w życiu. Choć były to mniejsze obiekty, wtedy lęk połączony był z ekscytacją... Ta wiara we własne możliwości... Że kiedyś będzie taka jak wielcy, taka jak jej brat... Że to naprawdę ma sens, kiedy włoży się w to całe serce. Teraz młodzi adepci pragnęli być jak ona i Thomas... Westchnęła. Gdzie ona się tak zagubiła? Czy to ma sens? Jak mogą chcieć podziwiać takich ludzi jak ona... Przecież obecnie była wrakiem człowieka... Sportowcem, który tak łatwo dawał za wygraną... Gdzie była jej ambicja? Gdzie podziewała się dziewczyna, zdeterminowana, marząca o wielkich rzeczach? Spojrzała na kolejnego zawodnika. Najazd, wybicie, ten lot i na koniec telemark... Chłopcy przybijali sobie piątki po udanym skoku i czekali na kolejne wytyczne od trenera. Po chwili ktoś kolejny zaczął lot i gruchnął prawie na bule... Wybicie słabe, więc odległość też słabsza. Ta młoda osoba pięścią uderzyła w zeskok. Ściągnęła kask... Nagle jej oczom jawiła się niewysoka blondyneczka... Zatem to była dziewczynka. Jej skok nie wyszedł... Otoczona chłopakami usłyszała komentarze wsparcia, ale też i docinki. Postanowiła podejść, zobaczyć bliżej całą sytuację.
- Marita, coś dzisiaj nie w formie chyba... – usłyszała jeden z komentarzy.
Widząc sfrustrowaną dziewczynę uśmiechnęła się mimowolnie... Czuła się jak w wehikule czasu, jej skoki nie zawsze były udane. Zachowywała się tak samo jak ona... Potrafiła być impulsywna, ale też dzięki temu osiągnęła to co mogła najcenniejszego w sporcie. A teraz? Gdzie znajdowała się teraz? Czy jej miłość do skoków mogła ot tak zniknąć bezpowrotnie?
- Nie zawsze jest dobry dzień na skoki... Czasem i mistrzom się zdarza. – rzuciła w kierunku gwardii młodych.
- Kim pani jest? – spytał jeden z młodych.
- Ana Morgenstern... - rzuciła cicho dziewczyna, której skok nie wyszedł.
- Zgadza się... – podeszła do nich bliżej, po czym zaczęła z nimi rozmawiać. – Nie każdy skok na treningu jest udany, tak jak nie każdy skok daje mistrzostwo... Sztuką jest wyciągać wnioski i uczyć się na błędach... – powiedziała nieco ściszając głos.
- Dzięki Pani zaczęłam skakać... – powiedziała cicho dziewczynka.
- Naprawdę? To miłe być dla kogoś inspiracją. – wystawiła jej piątkę blondynka, pytając czy w planach mają kolejne skoki.
Usłyszała, że będą mieli jeszcze serię, ale teraz mają chwilę przerwy by uzyskać konsultacje od trenera w sprawie skoków.
- A co tu za zamieszanie? – usłyszała od tyłu znany głos.
- Trenerze, to Ana Morgenstern! – powiedziała podekscytowana Marita.
Oczom Ane ukazał się Heinz. Trener szczerze się uśmiechnął, ona delikatnie ten uśmiech oddała.
- Tak, doskonale wiem kto to jest...
- A skoczy pani dla nas? Możemy zobaczyć? – rzucił jeden z chłopców.
Dziewczyna się zawahała... Czy powinna się ugiąć? Czy była na to gotowa? Zmierzyć się po raz kolejny ze swoją głową, która nie chciała podążać ku lepszej przyszłości. Ścisnęła nieco schowane pod okularami oczy. Poczuła rękę Heiza na ramieniu.
- Skoczysz dla nich? – spytał.
- Niech pani nie odmawia. – poprosiła Marita.
W głowie toczyła walkę, ale widok proszących dzieci ją... Rozczulił i zmotywował do działania. To było takie szczere i prawdziwe z ich strony. Heinz również był zaintrygowany po tym co usłyszał wcześniej od Thomasa i Leny.
- Dajcie mi trochę czasu... – po czym ruszyła do domu skoczków.
Szybko spojrzała na swój kombinezon i stojące obok narty. Musnęła je rękoma, po czym zaczęła analizować szerzej temat. Jakim ona jest wzorem? Dlaczego właściwie tu wróciła? Czyżby podświadomie udała się na skocznię? Czyżby to było silniejsze niż cokolwiek innego? Słowa dzieci ją szczerze ujęły. One naprawdę chciały ją zobaczyć tam na górze. One naprawdę chciały się od niej uczyć... Po chwili usłyszała ciche pukanie do domku. Jej oczom ukazał się Heinz.
- Ana, wszystko gra?
- Dlaczego pytasz? – wymusiła nieco uśmiech blondynka.
- Widziałem co się działo po południu... Rozmawiałem chwilę z Thomasem...
- Powiedział ci? – pokręciła głową nie mogąc uwierzyć w to co słyszy od Kuttina.
- Ana, nie ma nic strasznego w tym, że czasem każdy z nas miewa wątpliwości...
- Skąd pomysł, że mam wątpliwości?
- Znam cię jak Thomasa nie od dzisiaj... Coś się stało? Nie ma tego błysku co kiedyś...
- Heinz... Nie chcę rozmawiać o moim życiu...
- Zrobisz to dla tych dzieciaków? Skoczysz? – spojrzał pytająco na nią trener Thomasa.
- Nie jestem ostatnio w najlepszej dyspozycji... Miałam trochę trudniejszy czas, ale daj mi chwilę... – wzięła głęboki oddech i ponownie chwyciła swój strój. – Zrobię... Zrobię to dla nich... Zrobię to dla samej siebie...
Kuttin opuścił domek ruszając do grupy dzieciaków. Ana natomiast pośpiesznie założyła kombinezon i chwyciła narty. Wyszła z założonym kaskiem w kierunku uśmiechniętych dzieci.
- To kto pierwszy pokaże mi kierunek na skocznię? – chociaż znała go doskonale, zmotywowała dzieciaki by razem z nią udały się na szczyt Alpenareny.
One oczywiście przez moment na mniejszy obiekt by oddać swoje próby treningowe. Choć fizycznie i psychicznie nie czuła się w stu procentach gotowa, postanowiła dać co mogła najlepszego. Każdy w końcu ma prawo mieć gorszy dzień. Sama o tym im mówiła. Na górze puszczała każdego z drobnymi wskazówkami nie inaczej było z Maritą, którą poznała będąc na dole.
- Pamiętaj... Każdy ma prawo mieć słabsze skoki, słabsze dni... Weź głęboki oddech, myśl o tym co dają ci skoki. Czerp radość i leć. – zachęciła Maritę czując, że tym samym jednocześnie motywuje sama siebie.
Dziewczynka zdecydowanie z radością odepchnęła się od belki ruszając w kierunku progu. Ana uśmiechnęła się na widok sunącej po rozbiegu dziewczyny. To było na swój sposób zaraźliwe nastawienie. Spojrzała ponownie na większy obiekt... Wzięła głęboki oddech i zdecydowanie pokonała kolejne schody by wejść na szczyt Alpenareny. Zapięła narty zastanawiając się w duchu czy dobrze robi... Po raz kolejny niepewność zagościła w jej sercu. Dotknęła belki czując jak wszystko w niej wzbiera... Obiecałaś... Zaczęła wrzucać sobie w głowę myśl o dzieciakach oczekujących na jej próbę. Usłyszała nagle głos przez krótkofalówkę.
- Jeśli jesteś gotowa możesz działać. – rzekł Heinz z wieżyczki.
Wiedziała, że może zaczynać swoją próbę. Sprawdziła wiązania, po czym wyobraziła sobie swój pierwszy skok. Czuła strach przed nieznanym, ale kipiał w niej duch walczaka. Uśmiechnęła się, po czym zdecydowanie odepchnęła od belki... Wybicie, ułożenie... Wszystko banalnie proste... Tak jak mówił przez paroma dniami Pointner, tego się nie zapomina... Na koniec telemark jak zawsze idealnie dopracowany. Odległość się nie liczyła... Zachwycone dzieciaki zaczęły klaskać i prosić o kolejną próbę. Ana przez moment się zastanowiła by po chwili zdecydować, że podejmie jeszcze jedną próbę by dać im tą radość i satysfakcję. Po skokach 15 młodzików sama na nowo udała się wyżej. Dość szybko zdecydowanie zajęła belkę. Czuła, że coś się zmieniło... Może nie była perfekcyjna jak zawsze, ale... Zaczęła przełamywać swój kryzys. Zaczęła czuć się znowu wolna... Jak ptak... Stopniowo, małymi krokami. Chwilowo postanowiła odrzucić w głowie przeszłość... Zaczęła czuć, że żyje teraźniejszością... Nie mogła cofnąć czasu, zwrócić dziecku życia... Nie mogła też winić Gregora, bliskich, ani oskarżać co gorsza samą siebie za to co miało miejsce... To się po prostu wydarzyło. Bolało... Zupełnie jak upadek w Oslo kiedy przegrała walkę w pierwszym sezonie, ale po tej burzy nastał kolejny sezon i czas na zmiany... Udało się! Wygrała wszystko co było do zdobycia... Wtedy wyszło słońce, wtedy wyszedł cały jej potencjał, a ona... Była mistrzem tak jak zawsze tego pragnęła, takim mistrzem jakim był jej brat. Cóż stało na przeszkodzie by i tym razem się pozbierać? Na nowo być u jego boku i robić coś co oboje nadal kochali? Coś co ich połączyło? Siedząc na belce straciła chwilowe poczucie czasu, otrzeźwiła ją dopiero krótkofalówka i głos Heinza.
- Ana, wszystko gra? Machałem już... Jesteś gotowa?
- Gotowa... – dziewczyna pewnie się uśmiechnęła, spoglądając na miasto.
W powietrzu zaczęła czuć, że wraca jej cała wolność... Po wylądowaniu uściskała wszystkie dzieciaki życząc by się nigdy nie poddawały... By zawsze wierzyły w obraną drogę, a wszelkie przeciwności życiowe pokonywały z podniesioną głową. Temu wszystkiemu przyglądał się z uśmiechem Heinz, nie dowierzając, że grupa dzieciaków potrafi tak odmienić człowieka. Dziewczyna ruszyła w kierunku domku skoczków by zacząć ogarniać się do domu jednak zatrzymał ją ponowny glos trenera.
- Dzięki za dzisiejszy trening Ana.
- To ja dziękuję... Chyba potrzebowałam na nowo takiej lekcji poglądowej...
- Jeśli to pomaga, podpytaj Thomasa o plany na poniedziałek. – puścił jej oczko, po czym pożegnał się z dziewczyną.
Ona natomiast po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła, że naprawdę żyje. Poczuła gdzieś zagubioną po drodze radość. Po szybkim przebraniu oddała się biegowi, w kierunku domu Thomasa. W głowie czuła, że puzzle jej życia zaczynają się na nowo składać. Że strata choć bolesna... Nie musi znaczyć końca wszystkiego. Że ma wspaniałych bliskich, którzy walczą o nią każdego dnia... Że ma Gregora, z którym winna zamknąć pewien etap i ruszyć do przodu... Jeszcze zdążą być rodzicami, a teraz na nowo muszą być tam, gdzie zadecydowało życie, na skoczni...
***
Tymczasem blondwłosa parka trzymając się za ręce zmierzała z powrotem w stronę Alepenareny gdzie zostawili samochód. Było już dosyć późno, nie spodziewali się więc spotkać tam Ane. Oboje mieli nadzieję, że dziewczyna grzecznie czeka w domu i przede wszystkim nie ubolewa dalej nad swoją niedolą. Ale o tym mieli się dopiero przekonać po powrocie do mieszkania. Oboje próbowali o tym nie myśleć, starając się cieszyć swym towarzystwem, które w niedalekiej przyszłości miało się powiększyć, bowiem Kristina zaczęła mieć już opuszczający się brzuszek co oznaczało wystąpienie porodu w każdym momencie. Całe szczęście Lilly ważyła już prawie 3 kilogramy, co było bardzo dobrym wynikiem. Torba zatem była już spakowana, David co się okazało wprowadził się do dziewczyny, na co Thomas trochę grymasił, jednak za trzeźwą argumentacją Leny przyjął to do wiadomości. Ważne by Kristie miała obok siebie osobę, która w każdym momencie będzie gotowa wieźć ją do szpitala, a jak każdy wiedział… taką osobą nie mógł być Thomas. Madlen patrząc na swego partnera, na jego zmarszczone czoło mocniej ścisnęła go za rękę.
- Morgi, co jest? – zapytała.
- Lena… czy ja… czy ja w ogóle będę dobrym ojcem?
- Będziesz najlepszym! – zapewniła mocno dziewczyna. – Skąd takie myśli?
- Im bliżej rozwiązania, tym więcej we mnie wątpliwości. – westchnął. – Będę ciągle w rozjazdach… nie zawsze będę mógł służyć Kristie wsparciem, tak naprawdę nie będzie mnie kiedy będzie tego potrzebowała… Co jeśli Lilly zacznie najpierw mówić tato do Davida?
- Thomas… - zaczęła Lena zatrzymując chłopaka na chwilę by spojrzał jej w oczy. – Oczywiście, tak się może zdarzyć, ale… kiedy Lilly podrośnie wszystko jej wytłumaczymy. Wiem, jestem wręcz pewna, że będzie czuła kto jest jej prawdziwym tatą.
- Boję się Madlen…
- Thomas, ja też się boję, ale wierzę, że wszyscy razem damy jakoś radę. – uśmiechnęła się pocieszająco.
- Dziękuję, że jesteś ze mną. Że mnie wspierasz.
- Powtarzasz się. – zachichotała i pociągnęła go w dalszą drogę.
- Nie wiem co bym bez ciebie zrobił… Ta sytuacja… to co się stało z Ane… nie wiem jak bym to bez ciebie przetrwał.
- Thomas… człowiek idzie się do wszystkiego przyzwyczaić.
- Nie Lena… nie do codziennej tęsknoty… do chęci bycia z kimś z kimś nie może być… Gdybyś do mnie nie wróciła, ja… chyba targnął bym się na swoje życie.
- Gadasz głupoty… - odrzekła, jednak słowa chłopaka naprawdę ją zaniepokoiły.
Chyba zbliżający się poród Kristie oraz poronienie Ane właśnie wychodziły z Thomasa. Przecież chłopak nie był maszyną. Miał swoje uczucia, które ze względu na Ane ostatnio bardzo w sobie dusił. Kiedyś musiało dojść do tego, że one wypłyną. Ponownie się zatrzymała, po czym chwyciła obie dłonie Morgiego w swoje ręce.
- Thom… ja jestem z tobą i nigdzie się nie wybieram. Kristie czuje się dobrze, a Lilly jest zdrowa. Ana… no cóż, myślę że dzisiejszy dzień dobrze na nią wpłynął i wyjdzie powoli na prostą. Wiem, że nasze życie nie jest usłane różami, ale… nie jest też takie tragiczne jak się wydaje. Głowa do góry. – uśmiechnęła się. – Czy nie najważniejsze jest, że ja kocham ciebie, a ty mnie? Że pomimo przeciwności losu, my… nadal idziemy przez świat ramię w ramię?
- Och Madlen! – wykrzyknął Thomas i pochwycił dziewczynę w swoje ramiona mocno ją tuląc do swej piersi. – Nie dość, że jesteś moim nowym tchnieniem… moim wsparciem i podporą to również jesteś niezastąpioną pocieszycielką i przyjaciółką. Masz rację… powtarzam się, ale… będę mówił to do końca życia. Jesteś najlepszym co spotkało mnie w życiu! – powiedział chwytając jej twarz w dłonie na co dziewczyna tylko się uśmiechnęła. – Dziękuję.
- Tylko mnie kochaj… - odrzekła blondynka i oparła czoło o jego czoło.
- Kocham… jak stąd do wieczności. – powiedział i złączył ich usta w bardzo czułym pocałunku, który przedłużał do granic możliwości.
Nagle Lena poczuła wilgoć na swym policzku. Oderwała się od chłopaka i spojrzała w jego błyszczące od łez oczy. Uśmiechnęła się ciepło i ponownie złączyła ich usta, mieszając również swoje łzy z łzami chłopaka jakby na przypieczętowanie wcześniejszych słów. Następnie obejmując się ramionami ruszyli w dalszą drogę. Thomas spokojniejszy, a Lena szczęśliwsza, bowiem udało jej się go uspokoić, co w jego rozchwianym życiu było bardzo ważne.
~~~
Hello! :)
Przybywamy z kolejnym rozdziałem na zakończenie sezonu... Rok 24/25 mija bezpowrotnie - ciekawa jestem Waszych odczuć i wrażeń, czekacie z niecierpliwością na kolejny sezon czy jednak... Skoki już nie są takie jak dawniej i jedyne, które akceptujecie to... Tylko te w naszym opowiadaniu? :D Oczywiście mały żart ;) a tak poważnie... Przepiękne zakończenie w moim mniemaniu - ten rekord Domena i jego żart o lądowaniu telemarkiem, 254,5 metra wow... Szalone i piękne zarazem :D I choć skoki nie są już takie same jak kiedyś - jak znam życie... w listopadzie do nich powrócę hahaha, a tymczasem - u nas za moment początek sezonu 2009/2010, szok więc chyba nie zdążycie zatęsknić za notami i metrami ;D
Do rzeczy... Sporo się zadziało w tym rozdziale, ale... Faktycznie chyba zaczyna wychodzić słońce dla Ane. Tylko pytanie co dalej z jej relacją z Gregorem? Zakochanych Morgenów chyba nie ma co komentować, bo jak widać jedno ma na drugie zbawienny wpływ - co ta miłość robi z człowieka :)
Myślę, że jesteście ciekawi co będzie dalej hmm... Odpowiedź jest prosta czekajcie wytrwale, a dostaniecie kolejną dawkę emocji :) chyba nie myślałyście, że puszczę parę? O nie, nie, nie :D co jeszcze... Uwielbiam czytać z Madziusą Wasze komentarze, przypuszczenia, nadzieje... Nie ma lepszej zachęty by dalej tworzyć i nie przestawać pisać, zatem uspakajam - nigdzie się nie wybieramy, dalej działamy :D
Buziaki i do następnego!
Ania&Madziusa
Kochane 🙂 😘
OdpowiedzUsuńKolejny fantastycznie emocjonalny rozdział…
Nawet nie wiecie jak się cieszę, że Ana powoli wraca do normalnego funkcjonowania…
Ewidentnie potrzebowała "małego kopniaka" od starszego brata i znów poczuć radość te niesamowite uczucia, które czuje podczas skoku (a także usłyszeć, że jest inspiracją dla innych)…
Teraz mam nadzieję, że teraz z każdym dniem będzie już tylko lepiej oraz, że szczerze porozmawia z Gregiem…
Jeśli chodzi o Lenkę i Thomasa to wiadomo, że nie potrafiłam przestać się uśmiechać…
Ogromnie się cieszę, że pomiędzy nimi sielanka trwa w najlepsze i mam nadzieję, że tak już pozostanie i nic ani nikt nie spróbuje ich rozdzielić….
Pozdrawiam <3
BU$KA <3 :D
P.S. Co do skończonego sezonu to jak dla mnie kojarzył się będzie z aferą Norweską i serią odejść, oraz z Austriacką dominacją. No i z 3 miejscem naszego Pawełka… A na nowy sezon czekam mając nadzieję, że będzie on dużo lepszy na naszej biało-czerwonej ekipy.